Klasyk w swoim gatunku, „Brudny Harry”, po prawie 40 latach może śmiało stawać w szranki ze współczesnym kinem sensacyjnym. Harry Callahan jest na ostatnim szczeblu policyjnego zespołu poszukującego seryjnego zabójcę Skorpiona, szalejącego w San Francisco. Ostatnim, czyli od brudnej roboty. Takim, zdawałoby się: przynieś (pieniądze), podaj (pistolet), pozamiataj (po kolejnej ofierze). Tymczasem Callahan, podążając za Skorpionem, będąc stróżem prawa, sam to prawo konsekwentnie łamie.
Filmowy Callahan łączy cechy wyalienowanego, ironicznego policjanta-detektywa z kina noir z zupełnie nowym typem postaci. Po raz pierwszy pojawia się w kinie policjant jednocześnie obśmiewający pozerskie postawy bohaterów kryminałów np. Jamesa Ellroy'a, o wyraźnych cechach autodestrukcyjnych (scenariusz zakładał, że w powyższej scenie Callahan będzie chciał strzelić sobie w głowę), nieposłuszny przełożonym, niespełniony w życiu osobistym facet u progu kryzysu wieku średniego. Zapowiedź „Taksówkarza” i Paula Kersey'a z „Życzenia śmierci”. Postać, którą zagrał Clint Eastwood, tworzona była zresztą dla Paula Newmana, Callahana mieli też zagrać Frank Sinatra, John Wayne i Steve McQueen. Eastwood dostał więc do swych rąk piątą wersję scenariusza. Jego wyważona, spokojna rola zdobyła w końcu tylu zwolenników, że Eastwood pojawił się jeszcze w 4 filmach o Callahanie.
W analizach filmowych „Brudny Harry” opisywana jest często jego niezwykła konstrukcja narracji: obserwujemy pościg za Skorpionem, schwytanie mordercy przez Callahana, a następnie... film zaczyna się od nowa. Skorpion bowiem, na wskutek „niedopatrzeń proceduralnych” zostaje zwolniony.
Mówiąc o Skorpionie, trzeba też wspomnieć o intertekstualnej grze „Brudnego Harry'ego” z „Zodiakiem”. Dave Toschi i Robert Graysmith z filmu Davida Finchera szukają przecież seryjnego mordercy, grasujacego w Kalifornii. W „Zodiaku” jest scena, w której wściekły Toschi wychodzi z filmu luźno opartego na historii poszukiwań... Skorpiona. Nawiązanie do Callahana pojawia się raz jeszcze, kiedy Graysmith odkrywa przed Toschim efekty niedociągnięć i przedstawia własną teorię o Zodiaku. Padają wówczas słowa Toschiego mówiącego do rozemocjonowanego Graysmitha: Spokojnie, Brudny Harry. Skończ książkę. To dowód na to, piszący książkę o Zodiaku Graysmith tak jak filmowa postać bierze sprawy we własne ręce. A Brudny Harry staje się ikoną popkultury.
Najbliższy przykład na wieczny kulturowy żywot „Brudnego Harry'ego”: piosenka Gorillaz pod tym samym tytułem. Przypadły mi do gustu słowa: I'm a peace-loving decoy / Ready for retaliation / I change your whole location to pine box/six-under. Brudny Harry zresztą znowu wrócił, ale o tym innym razem...
15 lut 2009
11 lut 2009
...bo nie pokazali jak umiera
No, nie pokazali... Ciężko byłoby pokazać, jak odchodzi legenda. „Zapaśnik” Darrena Aronofsky'ego jest właśnie o powolnym odchodzeniu żywej legendy. Randy „The Ram” Robinson stanowi wzór naśladownictwa kolegów po fachu – zawodowych zapaśników. Piszę „po fachu”, bo ciężko uznać imitowane ciosy i samookaleczanie się dla potrzeb rozszalałej publiczności jako sport.
Randy żyje więc głównie z weekendowych walk, zaprzedając im całe swoje życie i zdrowie, a nawet relacje z ludźmi. Mit trzeba podtrzymywać nieustannie – Randy zgadza się więc na powtórkę głośnej walki sprzed 20 lat. Tymczasem plany te stają pod znakiem zapytania, gdy bohatera dopada atak serca. Tygodnie leczenia sprawiają, że Randy bierze pod lupę swoje życie, wkłada na nos okulary, fotografuje się z fanami na spotkaniu stetryczałych zapaśników-emerytów. Aż w końcu wykręca numer telefonu do córki. Próby nadrobienia straconego czasu – co było do przewidzenia – pomimo szczerych chęci, spełzają na niczym. Będą jeszcze nieudane amory ze striptizerką. Ale show must go on, a czas do umówionej walki leci nieubłaganie. Randy wkłada więc znowu obcisłe kolorowe rajtki i wpada na ring.
Pewien socjolog nazwał Amerykanów społecznością bohaterską. Taką, w której poza grą nie ma nic. Jeśli ktoś nie przyjmie zasad gry, czeka go wyobcowanie, półczłowieczeństwo, zbędność. Przeczytałam gdzieś, że Amerykanie nie dorobili się nigdy - w odróżnieniu od tragizujących wiecznie Europejczyków – mitologii ludzi przegranych. W Ameryce jeśli ktoś przegrywa, jest już odważny, bo akceptuje zasady gry. Jeśli Amerykanin jest grą zmęczony, to jest moralny, bo podjął ryzyko i wziął w grze udział.
Dlatego oglądając „Zapaśnika”, nieustannie wracałam w myślach do „Za wszelką cenę” Eastwooda. Bo kreując sylwetki obu głównych postaci z tych filmów, wyciągając je na światło dzienne gdzieś z prowincjonalnych dziur, niechlujnych, mało inteligentnych, samotnych i pozostawionych samych sobie – Eastwood i Aronofsky tworzą nowy, specyficzny gatunek postaci tragicznych. Jeśli bohaterowie przestają być bohaterami, jeśli chcą być tylko ludźmi, jeśli porzucają grę – to albo się ich unieszczęśliwia na amen, albo odbiera prawo do filmowego żywota. Albo, co bardzo inspirujące, porównuje do Jezusa ;)
Randy żyje więc głównie z weekendowych walk, zaprzedając im całe swoje życie i zdrowie, a nawet relacje z ludźmi. Mit trzeba podtrzymywać nieustannie – Randy zgadza się więc na powtórkę głośnej walki sprzed 20 lat. Tymczasem plany te stają pod znakiem zapytania, gdy bohatera dopada atak serca. Tygodnie leczenia sprawiają, że Randy bierze pod lupę swoje życie, wkłada na nos okulary, fotografuje się z fanami na spotkaniu stetryczałych zapaśników-emerytów. Aż w końcu wykręca numer telefonu do córki. Próby nadrobienia straconego czasu – co było do przewidzenia – pomimo szczerych chęci, spełzają na niczym. Będą jeszcze nieudane amory ze striptizerką. Ale show must go on, a czas do umówionej walki leci nieubłaganie. Randy wkłada więc znowu obcisłe kolorowe rajtki i wpada na ring.
Pewien socjolog nazwał Amerykanów społecznością bohaterską. Taką, w której poza grą nie ma nic. Jeśli ktoś nie przyjmie zasad gry, czeka go wyobcowanie, półczłowieczeństwo, zbędność. Przeczytałam gdzieś, że Amerykanie nie dorobili się nigdy - w odróżnieniu od tragizujących wiecznie Europejczyków – mitologii ludzi przegranych. W Ameryce jeśli ktoś przegrywa, jest już odważny, bo akceptuje zasady gry. Jeśli Amerykanin jest grą zmęczony, to jest moralny, bo podjął ryzyko i wziął w grze udział.
Dlatego oglądając „Zapaśnika”, nieustannie wracałam w myślach do „Za wszelką cenę” Eastwooda. Bo kreując sylwetki obu głównych postaci z tych filmów, wyciągając je na światło dzienne gdzieś z prowincjonalnych dziur, niechlujnych, mało inteligentnych, samotnych i pozostawionych samych sobie – Eastwood i Aronofsky tworzą nowy, specyficzny gatunek postaci tragicznych. Jeśli bohaterowie przestają być bohaterami, jeśli chcą być tylko ludźmi, jeśli porzucają grę – to albo się ich unieszczęśliwia na amen, albo odbiera prawo do filmowego żywota. Albo, co bardzo inspirujące, porównuje do Jezusa ;)
7 lut 2009
3:3 z przewagą na „tak”
Miały być balety, a wyszły bilety. Jak zwykle :)) Dzięki „magicznym biletom” (niech żyją fundusze pracownicze na rzecz rozrywki!!) trafiłam wczoraj do krakowskiego Arsu na przedpremierę „Drzazg” Macieja Pieprzycy. Pan od świetnego „Inferno” zaraz po tym nagradzanym obrazie zabrał się za nowy projekt, którego realizacja przeciągnęła się jednak o ładnych parę lat.
Powstałe ostatecznie „Drzazgi” to film nowelowy, którego konstrukcja nie jest już niczym odkrywczym, zważywszy nawet na film polski (np. „Oda do radości”). Muszę jednak przyznać, że u Pieprzycy trzy wątki głównych postaci: Roberta, Marty i Bartka połączone zostały w sposób niezwykle zręczny. Te, zdawałoby się, osobne historie, zazębiają się w finale, który wprawdzie z lekka rozczarowuje swą przewidywalnością, ale daje się go przełknąć.
Co do samej fabuły nowel – mamy historie cwaniaczkowatego Roberta, który samego Pana Boga by oszukał, Bartka, który z wysokości katedry uczelnianej ląduje nagle przy sprzedaży jeansów Dizel (sic!) na okolicznym bazarku oraz Marty, córeczki bogatego tatusia, której życie dalekie jest jednak od doskonałości. Losy tej trójki mogłyby się okazać powtarzalne, choć w jakimś stopniu nawet tragiczne – ot, jeszcze jedna historia o śląskiej biedzie czy przeciwnie: o polskich nuworyszach. Przed zbędnym popadaniem w patos ratują szczęśliwie i nieoczekiwanie ten film sceny tak absurdalne, jakie tylko w czeskim kinie się mogą przydarzyć. Fakir kładący się na szkle w zwykłej polskiej kuchni, Elvis Presley wjeżdżający na stację benzynową różowym cadillakiem, młody komunista w muzeum gromadzącym pamiątki starego systemu – takich obrazków nie uświadczysz na co dzień. Niech nie dziwi więc nikogo slogan reklamujący „Drzazgi”: polski film, czeskie klimaty.
Mam niejaki problem z ostateczną oceną tego filmu. Z jednej stronie korci, by złośliwie przyczepić się do fatalnego plakatu „Drzazg” (vide „Jagodowe noce”), który sugeruje niestety komedię romantyczną, czym w zasadzie film ten nie jest. Irytował mnie czasem słowny dowcip, który był tak śmieszny, że aż nie-śmieszny. I niestety – wspomniane już grzeszące brakiem oryginalności wątki głównych postaci. Z drugiej strony, mamy nieopatrzone jeszcze twarze bardzo dobrych młodych aktorów, mistrzowskie epizody aktorów już znanych, wśród których palmę pierwszeństwa dzierży Krzysztof Globisz. I ogromny plus za skądinąd świetną postprodukcję: montaż i (o dziwo!) dźwięk. Wychodzi 3:3...
Szalę na korzyść nowego filmu Pieprzycy przechyli chyba niemal zapomniana przeze mnie przyjemność obcowania z filmem, którego tytułu się nie spodziewałam. Seans-niespodzianka, jakim były wczorajsze „Drzazgi”, wywołał u mnie bowiem cudowne mrowienie w oczekiwaniu na to, co pojawi się na ekranie za chwilę. Panu Pieprzycy mówię więc „tak”, czekam na to, co będzie dalej. I raz na jakiś czas zdaję się na filmowy żywioł ;)
Powstałe ostatecznie „Drzazgi” to film nowelowy, którego konstrukcja nie jest już niczym odkrywczym, zważywszy nawet na film polski (np. „Oda do radości”). Muszę jednak przyznać, że u Pieprzycy trzy wątki głównych postaci: Roberta, Marty i Bartka połączone zostały w sposób niezwykle zręczny. Te, zdawałoby się, osobne historie, zazębiają się w finale, który wprawdzie z lekka rozczarowuje swą przewidywalnością, ale daje się go przełknąć.
Co do samej fabuły nowel – mamy historie cwaniaczkowatego Roberta, który samego Pana Boga by oszukał, Bartka, który z wysokości katedry uczelnianej ląduje nagle przy sprzedaży jeansów Dizel (sic!) na okolicznym bazarku oraz Marty, córeczki bogatego tatusia, której życie dalekie jest jednak od doskonałości. Losy tej trójki mogłyby się okazać powtarzalne, choć w jakimś stopniu nawet tragiczne – ot, jeszcze jedna historia o śląskiej biedzie czy przeciwnie: o polskich nuworyszach. Przed zbędnym popadaniem w patos ratują szczęśliwie i nieoczekiwanie ten film sceny tak absurdalne, jakie tylko w czeskim kinie się mogą przydarzyć. Fakir kładący się na szkle w zwykłej polskiej kuchni, Elvis Presley wjeżdżający na stację benzynową różowym cadillakiem, młody komunista w muzeum gromadzącym pamiątki starego systemu – takich obrazków nie uświadczysz na co dzień. Niech nie dziwi więc nikogo slogan reklamujący „Drzazgi”: polski film, czeskie klimaty.
Mam niejaki problem z ostateczną oceną tego filmu. Z jednej stronie korci, by złośliwie przyczepić się do fatalnego plakatu „Drzazg” (vide „Jagodowe noce”), który sugeruje niestety komedię romantyczną, czym w zasadzie film ten nie jest. Irytował mnie czasem słowny dowcip, który był tak śmieszny, że aż nie-śmieszny. I niestety – wspomniane już grzeszące brakiem oryginalności wątki głównych postaci. Z drugiej strony, mamy nieopatrzone jeszcze twarze bardzo dobrych młodych aktorów, mistrzowskie epizody aktorów już znanych, wśród których palmę pierwszeństwa dzierży Krzysztof Globisz. I ogromny plus za skądinąd świetną postprodukcję: montaż i (o dziwo!) dźwięk. Wychodzi 3:3...
Szalę na korzyść nowego filmu Pieprzycy przechyli chyba niemal zapomniana przeze mnie przyjemność obcowania z filmem, którego tytułu się nie spodziewałam. Seans-niespodzianka, jakim były wczorajsze „Drzazgi”, wywołał u mnie bowiem cudowne mrowienie w oczekiwaniu na to, co pojawi się na ekranie za chwilę. Panu Pieprzycy mówię więc „tak”, czekam na to, co będzie dalej. I raz na jakiś czas zdaję się na filmowy żywioł ;)
Subskrybuj:
Posty (Atom)