Blog, zdawałoby się, umarł jakieś dwa lata temu, a przecież „the show must go on”...
Filmowym dopełnieniem tych słów niech będzie ostatnio szczodrze nagradzana „Operacja Argo” Bena Afflecka. Tak, tego samego Afflecka, który przed kilku laty dumnie spoglądał na nas, odziany w lateksowe ubranko, z plakatów „Dardevil”. Tymczasem współscenarzysta „Buntownika z wyboru” (pamiętacie jeszcze ten tytuł?) zapuścił brodę, przytył, spłodził dzieci i zaczął trzymać sztamę z także brodatym Georgem Clooneyem, który podjął się produkcji „Operacji Argo”.
Scenariusz filmu, oparty na książce Antonia Mendeza i artykule prasowym Joshuy Bermana, ma mocne podstawy w faktach. Tak mocne, że tajna operacja CIA wydostania pracowników ambasady amerykańskiej z ogarniętego rewolucją Teheranu w 1979 roku, pozostawała tajemnicą państwową aż do 1997 roku. Wydaje się jednak, że plot filmu, koncentrujący się na przygotowaniach do operacji, na emocjach uwięzionych w irańskiej stolicy Amerykanów, choć trzyma w napięciu – jest tylko pretekstem dla ironicznego obrazu fabryki snów.
Dwa potężne filary tego obrazu stanowią postacie Johna Chambersa i Lestera Siegla. Pierwszy to znany hollywoodzki charakteryzator, któremu współpraca z CIA nie przeszkodziła zdobyć Oscara za makeup w „Planecie małp”. Drugi bohater, choć rzeczywiście istniał producent filmowy o tym nazwisku, jest fikcyjną mieszanką kilku osobowości z branży filmowej. Tych dwóch panów bawi się w najlepsze, pomagając agentowi Mendezowi w tworzeniu projektu filmu SF, który pozwoli zabrać amerykańskich dyplomatów z Teheranu pod przykrywką ekipy filmowej. Wygrzebują mizerny scenariusz filmowy pod tytułem „Argo”, załatwiają pieniądze, organizują casting i komentowaną w mediach konferencję prasową. Chyba najlepsze sceny filmu to obrazy z demonstracji ulicznych Irańczyków, odzianych w szarobure ubrania i chusty, jakie zderzono z ujęciami bogatych hollywoodzkich przyjęć, na których pełno jest pięknych kobiet w krótkich spódniczkach i zmanierowanych przedstawicieli świata filmu.
Chambers i Siegel są jednocześnie kwintesencją amerykańskiego kina tego okresu. Chambers to człowiek Kina Nowej Przygody (jak ładnie nazwał je Jerzy Płażewski), które już panoszy się w Hollywood wraz z twórcami „Gwiezdnych wojen” i „Bliskich spotkań trzeciego stopnia” (oba z 1977 roku). To kino wielkich (kultowych już) widowisk, opanowujących wyobraźnię masowej widowni, na które pieniądze muszą zdobywać ludzie pokroju Siegla – biznesmena ze znajomościami i grubym portfelem trzęsącego całą branżą. (Alan Arkin, odtwórca Siegla, w wywiadach mówi, że jego bohater wzorowany był m.in. na Jacku Warnerze, producencie ponad 300 filmów, współtwórcy słynnego studia filmowego.) Takim ludziom, jak Chambers i Siegel w „Operacji Argo” oddano hołd – nawet jeśli z humorem – za tworzenie iluzji dla widza zmęczonego politycznymi rozgrywkami po aferze Watergate i wojnie w Wietnamie.
Tak jak dwóch bohaterów z branży filmowej tworzy zręczną przykrywkę dla ratowania życia szóstki Amerykanów, tak i Affleck umiejętnie kreuje dla nas świat przedstawiony „Operacji Argo”. Uzupełniona świetną scenografią i kostiumami produkcja doskonale oddaje klimat końcówki lat 70. w Stanach Zjednoczonych i Iranie, wzmocniony archiwalnymi wstawkami prawdziwych nagrań. Jaka siła drzemie w mocy sprawczej kina, możemy się przekonać podczas przesłuchań Amerykanów na lotnisku, kiedy brutalni żołnierze Chomeiniego miękną na widok storyboardów amerykańskiego filmu SF.
Odczuwane przez nas podczas seansu ciągłe napięcie, które przykuwa uwagę od samego początku do końca, pozwala nawet wybaczyć takie wpadki, jak ujęcie zniszczonego napisu „Hollywood”, migające nam przed oczami przez chwilę. W rzeczywistości napis odrestaurowano w 1978 roku, rok przed prawdziwymi wydarzeniami, o których opowiada „Operacja Argo”. Nam, którym wydaje się, że białe litery zawsze w niezmiennym stanie królowały na zielonych wzgórzach Hollywood, niech posłuży to za najlepszy dowód siły iluzji, jaką daje nam kino. Bo w końcu „the show must go on”... :-)
16 mar 2013
12 sty 2011
Można chcieć więcej
Czy warto żyć marzeniami i jednocześnie użerać się z urzędnikami skarbówki, podstępnymi deweloperami i nie do końca szczerym własnym bratem? Czy może lepiej/prościej/szybciej przyjmować wszystkie dogodności, jakie podrzuca nam los i po prostu płynąć z prądem? Odpowiedzi na te pytania możemy szukać, oglądając „Soul Kitchen” Fatiha Akina, znanego i docenianego (Złota Palma, Złoty Niedźwiedź, Goya, nagrody Europejskiej Akademii Filmowej) niemieckiego reżysera tureckiego pochodzenia.
Twórca mocno krytycznych względem tureckiej mniejszości żyjącej u naszych zachodnich sąsiadów filmów „Głową w mur” czy „Na krawędzi nieba” tym razem porzuca społeczną tematykę. Historią Greka Zinosa, właściciela restauracji w Hamburgu, Akin uderza w bardziej komediowy ton. Zinos, serwujący w swoim przybytku kulinarnych „rozkoszy” tłuste jedzenie z mrożonek przechowywanych w obskurnej kuchni, poszukuje następcy, który zaopiekowałby się restauracją na czas wyjazdu do Azji, gdzie przebywa jego dziewczyna. Kandydatów nie ma zbyt wielu: brat Zinosa, Illias odsiadujący wyrok oraz Shayn – ekscentryczny kucharz zupełnie nienadający się do pracy zespołowej. Restauracja, opanowana przez nowych pracowników, nieoczekiwanie zyskuje rozgłos w całym mieście...
Interesująco w rolach drugoplanowych wypadają Moritz Bleibtrau i Birol Ünel. Pierwszy to jedna z bardziej wyrazistych postaci kina niemieckiego udzielający się tak w kinie autorskim („Biegnij Lola, biegnij”, „Cząstki elementarne”, „Eksperyment”), jak i obrazach bardziej rozrywkowych („Facet do towarzystwa”). Po rolach silnego samca okazuje się, ku naszemu zaskoczeniu, że w repertuarze komediowym aktor czuje się jak ryba w wodzie. Bleibtrau świetnie panuje nad rolą niedojrzałego cwaniaczka przepijającego ostatnie eurocenty z koleżkami.
Drugie nazwisko prowadzi nas do doskonałego aktora tureckiego blisko współpracującego z Akinem, który być może przysporzył reżyserowi statuetkę Złotego Niedźwiedzia w 2004 roku i kilka innych za „Głową w mur”. Tym razem Ünel tworzy postać dość bezprecedensową, ale też jednocześnie charakterystyczną dla wielokulturowych Niemiec. Jego Shayn to, z jednej strony, kolejny – typowy dla filmów Akina – niemal podręcznikowy przykład obywatela nie swojego kraju, Roma czy Turka (nie do końca jest to jasne) urodzonego poza ojczyzną, nieprzystosowanego do reszty społeczeństwa, którego pewnie można by uznać za alter ego reżysera i scenarzysty. Z drugiej strony jednak, zastanawia zamiłowanie Shayna do kuchni fusion, stojące w sprzeczności z narodowymi kuchniami choćby Turcji, oraz insynuowany zachowaniem i gestykulacją homoseksualizm, wykluczający go z tradycyjnych, mocno patriarchalnych społeczności imigrantów niemieckich. Cechy te stawiałyby go wśród obywateli nowego typu, obywateli Europy, bez problemu porzucających stare śmieci, by nagle znaleźć się na przykład w Hondurasie.
„Muzyka, miłość, taniec. Czego chcieć więcej!?” – to hasło sygnuje film Akina. Będące w zamierzeniu promocyjnym sloganem, pytanie niestety też prowokuje. Bo od tego filmu można chcieć więcej. To, czego „Soul Kitchen” nie starcza, to jednak poziom humoru. Oscylujący na pograniczu komedii obyczajowej i komedii dla kretynów, w której dowcip szczytu prymitywności sięga w scenach pożegnalnej imprezy w restauracji Zinosa. Przykro patrzeć, jak budowana misternie historia o imigrantach szukających swego miejsca w kulinarnym światku, w którym panuje fastfood, rozpada się na serię kliszowych sytuacji komediowych. Na koniec pozostaje tylko pytanie, czy to reżyser popłynął z filmowym/rozrywkowym prądem?
Twórca mocno krytycznych względem tureckiej mniejszości żyjącej u naszych zachodnich sąsiadów filmów „Głową w mur” czy „Na krawędzi nieba” tym razem porzuca społeczną tematykę. Historią Greka Zinosa, właściciela restauracji w Hamburgu, Akin uderza w bardziej komediowy ton. Zinos, serwujący w swoim przybytku kulinarnych „rozkoszy” tłuste jedzenie z mrożonek przechowywanych w obskurnej kuchni, poszukuje następcy, który zaopiekowałby się restauracją na czas wyjazdu do Azji, gdzie przebywa jego dziewczyna. Kandydatów nie ma zbyt wielu: brat Zinosa, Illias odsiadujący wyrok oraz Shayn – ekscentryczny kucharz zupełnie nienadający się do pracy zespołowej. Restauracja, opanowana przez nowych pracowników, nieoczekiwanie zyskuje rozgłos w całym mieście...
Interesująco w rolach drugoplanowych wypadają Moritz Bleibtrau i Birol Ünel. Pierwszy to jedna z bardziej wyrazistych postaci kina niemieckiego udzielający się tak w kinie autorskim („Biegnij Lola, biegnij”, „Cząstki elementarne”, „Eksperyment”), jak i obrazach bardziej rozrywkowych („Facet do towarzystwa”). Po rolach silnego samca okazuje się, ku naszemu zaskoczeniu, że w repertuarze komediowym aktor czuje się jak ryba w wodzie. Bleibtrau świetnie panuje nad rolą niedojrzałego cwaniaczka przepijającego ostatnie eurocenty z koleżkami.
Drugie nazwisko prowadzi nas do doskonałego aktora tureckiego blisko współpracującego z Akinem, który być może przysporzył reżyserowi statuetkę Złotego Niedźwiedzia w 2004 roku i kilka innych za „Głową w mur”. Tym razem Ünel tworzy postać dość bezprecedensową, ale też jednocześnie charakterystyczną dla wielokulturowych Niemiec. Jego Shayn to, z jednej strony, kolejny – typowy dla filmów Akina – niemal podręcznikowy przykład obywatela nie swojego kraju, Roma czy Turka (nie do końca jest to jasne) urodzonego poza ojczyzną, nieprzystosowanego do reszty społeczeństwa, którego pewnie można by uznać za alter ego reżysera i scenarzysty. Z drugiej strony jednak, zastanawia zamiłowanie Shayna do kuchni fusion, stojące w sprzeczności z narodowymi kuchniami choćby Turcji, oraz insynuowany zachowaniem i gestykulacją homoseksualizm, wykluczający go z tradycyjnych, mocno patriarchalnych społeczności imigrantów niemieckich. Cechy te stawiałyby go wśród obywateli nowego typu, obywateli Europy, bez problemu porzucających stare śmieci, by nagle znaleźć się na przykład w Hondurasie.
„Muzyka, miłość, taniec. Czego chcieć więcej!?” – to hasło sygnuje film Akina. Będące w zamierzeniu promocyjnym sloganem, pytanie niestety też prowokuje. Bo od tego filmu można chcieć więcej. To, czego „Soul Kitchen” nie starcza, to jednak poziom humoru. Oscylujący na pograniczu komedii obyczajowej i komedii dla kretynów, w której dowcip szczytu prymitywności sięga w scenach pożegnalnej imprezy w restauracji Zinosa. Przykro patrzeć, jak budowana misternie historia o imigrantach szukających swego miejsca w kulinarnym światku, w którym panuje fastfood, rozpada się na serię kliszowych sytuacji komediowych. Na koniec pozostaje tylko pytanie, czy to reżyser popłynął z filmowym/rozrywkowym prądem?
4 sty 2011
I z kogo się śmiejecie?...

Stephen Frears w niezmiennie wysokiej formie artystycznej! Do kin trafia właśnie jego „Tamara i mężczyźni” – ekranizacja komiksu brytyjskiej ilustratorki Posy Simmonds, luźno opartego z kolei na prozie Thomasa Hardy'ego.
Nazwisko ostatniego pana pojawia się w filmie równie często co imię tytułowej filmowej protagonistki. O Hardym pisze bowiem książkę Glen, jeden z pensjonariuszy domu Nicholasa i Beth dla tworzących w ciszy i na tle wiejskich krajobrazów hrabstwa Dorset autorów. Tamara Drewe to z kolei londyńska dziennikarka powracająca w stare strony, by zająć się pisaniem (a jakże!) historii rodzinnej, w czym udatnie pomóc ma twórcze sąsiedztwo i piękny stary dom. W życiu tytułowej trójki (jak i pozostałych bohaterów) sporo namieszają, niczym mitologiczne Mojry, dwie nudzące się na autobusowym przystanku nastolatki.
W tej udanej mieszance czarnej komedii, komedii pomyłek oraz komedii charakterów nie może być mowy nawet co najwyżej o przeciętnym aktorstwie. Frears ma na koncie współpracę nie tylko z czołowymi postaciami brytyjskiej sceny teatralnej oraz z branży filmowej (Mirren, Hoskins, Dench, Cromwell), w jego filmach zagrali też przecież Malkovich, Julia Roberts, Tim Robbins czy Kathy Bathes. W „Tamarze Drewe” nie pojawiają się może nazwiska z pierwszych linijek filmowych list płac. Dostajemy jednak solidne aktorstwo grywającej głównie w produkcjach telewizyjnych Tamsin Greig w roli właścicielki pensjonatu czy odtwarzającego postać jej niewiernego, narcystycznego męża Rogera Allama („Królowa” Frearsa, „V jak vendetta”). Świetnie odnajduje się w komediowej roli zagubionego Amerykanina Bill Camp, w którego filmografii z bardziej znanych obrazów widzowie znają pewnie odmienne gatunkowo: „Wrogowie publiczni” i „Droga do Zatracenia”. Nie zachwyciło mnie jednak aktorstwo trzech tytułowych postaci. Z trójki aktorów – Gemmy Arterton w roli Tamary i jej „mężczyzn”: Luke'a Evansa i Dominica Coopera najlepiej wypada ten ostatni, odtwarzający rolę współczesnego fircyka (w zalotach, oczywiście!).
Frears dodał do ironii komiksu Simmonds sporo ostrego smaku, błyskotliwe dialogi bawią cały czas. Gdy wymienić jeszcze: dwa trupy, miłosną chemię, żonę zarażoną syfilisem, kolacje z kryminałem, stado krów, kozę z rują i Plastic Fantastic – już nie przeszkadza, że reżyser naśmiewa się ze starych brytyjskich stereotypów. Cała sztuka polega na tym, by na pytanie: i z kogo się śmiejecie, odpowiedzieć z takim wdziękiem jak robi to Stephen Frears: z samych siebie się śmiejemy!
14 gru 2010
Trudna miłość
Zdobywca Nagrody Publiczności tegorocznego Festiwalu Filmów Rosyjskich Sputnik (który krąży ostatnio nad polskimi kinami, a obecnie nad poznańską Muzą), „Pochowajcie mnie pod podłogą”, nie jest filmem prostym w odbiorze. Oparta na częściowo autobiograficznej historii Pawła Sanajewa fabuła w swej literackiej formie wywołała w Rosji sporo szumu ze względu na wywlekanie rodzinnych brudów. Matką autora opowiadania jest Jelena Sanajewa – popularna aktorka ról charakterystycznych, zaś ojczym to charyzmatyczny aktor filmowy i reżyser Rolan Bykow.
„Jest takie mądre powiedzenie: dzieci płacą za grzechy swoich rodziców. On płaci za tę dziwkę, za swoją matkę” – powtarza kilkukrotnie babcia małego Saszy, kilkulatka wyczekującego przybycia matki w dzień jego urodzin. Babka chłopca po części ma rację. Po części, bo rzeczywiście, młoda (i piękna) kobieta po rozstaniu z ojcem Saszy znalazła sobie nowego kochanka, niespełnionego malarza-alkoholika bez grosza przy duszy, który tak potrzebny jest, gdy ma się chore dziecko. Dziecko wylądowało więc w domu dziadków, którzy bronią chłopca przed wyrodną matką, usiłującą podtrzymywać kontakt z synem.
Choć matka stanowi obiekt marzeń chłopca, to nie ona jest główną siłą napędową życia chorowitego chudziny. To babcia, chuchająca, dmuchającą, piorąca, gotująca obrzydliwe papki, prowadzająca od jednego lekarza do drugiego, robiąca lewatywy, zawiązująca woreczki ryżu wchłaniającego pot (!?) – maszyna wypluwająca z siebie niekończący się łańcuszek oskarżeń, podejrzeń i wulgarnych epitetów (w życiu nie słyszałam tak wymyślnych i opisowych określeń!...). Niespełniona aktorka, rozczarowana mężem kobieta utraciła pierworodnego syna, córka nie spełniła jej oczekiwań, całą swoją „trudną” miłość przelała więc na Saszę. Dziwna to miłość, na pograniczu zaborczości i prawdziwego szaleństwa – coraz trudniej odróżnić ją od nienawiści.
Rola babci w wykonaniu Swietłany Kriuczkowej – nie ma co ukrywać – zdominowała cały film. Postać przez nią odgrywana jest tak przerażająca (przypomina mi pielęgniarkę z „Misery”!), że aż niesmaczne wydawały mi się czasem chichoty widzów reagujących na barokowe ozdobniki językowe starszej pani. Muszę przyznać, że filmowa ekranizacja zachęca do zapoznania się z literackim pierwowzorem, choćby nawet ze względu na bogaty język. I codzienne życie w Moskwie lat 90., podglądane gdzieś ukradkiem...
Na koniec: trailer zawierający radę na czas zimowej niedoli, jak poradzić sobie w niesprzyjających warunkach pogodowych. I kilka słów piosenki jednej z ulubionych piosenkarek zagranicznych w Rosji. :)
„Jest takie mądre powiedzenie: dzieci płacą za grzechy swoich rodziców. On płaci za tę dziwkę, za swoją matkę” – powtarza kilkukrotnie babcia małego Saszy, kilkulatka wyczekującego przybycia matki w dzień jego urodzin. Babka chłopca po części ma rację. Po części, bo rzeczywiście, młoda (i piękna) kobieta po rozstaniu z ojcem Saszy znalazła sobie nowego kochanka, niespełnionego malarza-alkoholika bez grosza przy duszy, który tak potrzebny jest, gdy ma się chore dziecko. Dziecko wylądowało więc w domu dziadków, którzy bronią chłopca przed wyrodną matką, usiłującą podtrzymywać kontakt z synem.
Choć matka stanowi obiekt marzeń chłopca, to nie ona jest główną siłą napędową życia chorowitego chudziny. To babcia, chuchająca, dmuchającą, piorąca, gotująca obrzydliwe papki, prowadzająca od jednego lekarza do drugiego, robiąca lewatywy, zawiązująca woreczki ryżu wchłaniającego pot (!?) – maszyna wypluwająca z siebie niekończący się łańcuszek oskarżeń, podejrzeń i wulgarnych epitetów (w życiu nie słyszałam tak wymyślnych i opisowych określeń!...). Niespełniona aktorka, rozczarowana mężem kobieta utraciła pierworodnego syna, córka nie spełniła jej oczekiwań, całą swoją „trudną” miłość przelała więc na Saszę. Dziwna to miłość, na pograniczu zaborczości i prawdziwego szaleństwa – coraz trudniej odróżnić ją od nienawiści.
Rola babci w wykonaniu Swietłany Kriuczkowej – nie ma co ukrywać – zdominowała cały film. Postać przez nią odgrywana jest tak przerażająca (przypomina mi pielęgniarkę z „Misery”!), że aż niesmaczne wydawały mi się czasem chichoty widzów reagujących na barokowe ozdobniki językowe starszej pani. Muszę przyznać, że filmowa ekranizacja zachęca do zapoznania się z literackim pierwowzorem, choćby nawet ze względu na bogaty język. I codzienne życie w Moskwie lat 90., podglądane gdzieś ukradkiem...
Na koniec: trailer zawierający radę na czas zimowej niedoli, jak poradzić sobie w niesprzyjających warunkach pogodowych. I kilka słów piosenki jednej z ulubionych piosenkarek zagranicznych w Rosji. :)
11 gru 2010
Nikt nie jest bez winy...
...chciałoby się powiedzieć po seansie „Białej wstążki” Michaela Hanekego. Ostatnia fabuła ubiegłorocznego zdobywcy Złotej Palmy umiejscowiona została w północnych Niemczech, gdzie przeważają ostre wieże i surowe wnętrza protestanckich kościołów. W jednej z małych wiosek mieszka pastor ze swoją liczną rodziną. Osobne wątki tego biało-czarnego filmu stanowią historie: barona, doktora, akuszerki, rolnika oraz młodego nauczyciela, będącego też narratorem filmu.
Życie wioski toczy się swoim trybem, choć szybko przekonamy się, jak kruche są podstawy tego życia. Spokój mieszkańców zakłócają bowiem kolejne, coraz bardziej wstrząsające wydarzenia: wypadek doktora, zaginięcie dzieci i inne okoliczności, które zdają się mieć wspólny mianownik i tego samego winnego.
Atmosfera zagęszcza się coraz bardziej, gdy niczym podglądacze wkraczamy z naszymi bohaterami ściany ich domostw. To, co rozgrywa się w czterech ścianach protestanckich domów, przeraża – obojętność, chłód relacji albo psychiczne maltretowanie ukrywa się na przykład, jak w domu pastora, pod biblijnymi sentencjami. Ten ostatni zresztą hołduje niezwykle wyrafinowanym metodom wykonawczym, „nieposłusznym” dzieciom każe zawiązać białe wstążki, symbol czystości i niewinności. Kara dzieci zaczyna urastać do rozmiarów symbolicznej kary, którą ponieść miało całe niemieckie społeczeństwo...
Większość recenzentów chce widzieć w doskonale wyreżyserowanym filmie twórcy „Funny Games” obserwację narodzin pokolenia, które stało się idealnym podłożem dla ideologii hitlerowskiej. Owszem, choć nie tylko. Skoro kulminacja filmowych wydarzeń następuje na dzień przed wybuchem I wojny światowej, można doszukiwać się tu korzeni upadku starego porządku. Dwie nowoczesne wojny światowe, które doprowadzić miały do narodzin nowego ładu, w połowie XX wieku doprowadziły do podziału Niemiec i pozycji najbardziej osłabionego kraj w Europie.
Haneke dokonuje więc ostrego rozliczenia z historycznymi wątkami, ale też zagląda głębiej, źródeł biegu historii I połowy XX wieku upatrując w rodzinie i protestantyzmie. Jest w tej krytyce bardzo bliski Ingmarowi Bergmanowi, który niejednokrotnie w swoich filmach obrazował wpływ protestanckiej etyki na relacje panujące w szwedzkiej rodzinie.
Z filmografią Bergmana ma „Biała wstążka” wiele wspólnego także w warstwie formalnej. Operator niemieckiego filmu Christian Berger przed rozpoczęciem zdjęć studiował filmy Bergmana kręcone ręką Svena Nykvista. Zdjęcia „Białej wstążki” są więc równie oszczędne i proste, często dominują długie kadry z przewagą zbliżeń. Letnie słońce niemieckiej prowincji – inne niż chłód skandynawskiego światła – oświetla w końcowej sekwencji wysoką wieżę protestanckiego wiejskiego kościoła.
Życie wioski toczy się swoim trybem, choć szybko przekonamy się, jak kruche są podstawy tego życia. Spokój mieszkańców zakłócają bowiem kolejne, coraz bardziej wstrząsające wydarzenia: wypadek doktora, zaginięcie dzieci i inne okoliczności, które zdają się mieć wspólny mianownik i tego samego winnego.
Atmosfera zagęszcza się coraz bardziej, gdy niczym podglądacze wkraczamy z naszymi bohaterami ściany ich domostw. To, co rozgrywa się w czterech ścianach protestanckich domów, przeraża – obojętność, chłód relacji albo psychiczne maltretowanie ukrywa się na przykład, jak w domu pastora, pod biblijnymi sentencjami. Ten ostatni zresztą hołduje niezwykle wyrafinowanym metodom wykonawczym, „nieposłusznym” dzieciom każe zawiązać białe wstążki, symbol czystości i niewinności. Kara dzieci zaczyna urastać do rozmiarów symbolicznej kary, którą ponieść miało całe niemieckie społeczeństwo...
Większość recenzentów chce widzieć w doskonale wyreżyserowanym filmie twórcy „Funny Games” obserwację narodzin pokolenia, które stało się idealnym podłożem dla ideologii hitlerowskiej. Owszem, choć nie tylko. Skoro kulminacja filmowych wydarzeń następuje na dzień przed wybuchem I wojny światowej, można doszukiwać się tu korzeni upadku starego porządku. Dwie nowoczesne wojny światowe, które doprowadzić miały do narodzin nowego ładu, w połowie XX wieku doprowadziły do podziału Niemiec i pozycji najbardziej osłabionego kraj w Europie.
Haneke dokonuje więc ostrego rozliczenia z historycznymi wątkami, ale też zagląda głębiej, źródeł biegu historii I połowy XX wieku upatrując w rodzinie i protestantyzmie. Jest w tej krytyce bardzo bliski Ingmarowi Bergmanowi, który niejednokrotnie w swoich filmach obrazował wpływ protestanckiej etyki na relacje panujące w szwedzkiej rodzinie.
Z filmografią Bergmana ma „Biała wstążka” wiele wspólnego także w warstwie formalnej. Operator niemieckiego filmu Christian Berger przed rozpoczęciem zdjęć studiował filmy Bergmana kręcone ręką Svena Nykvista. Zdjęcia „Białej wstążki” są więc równie oszczędne i proste, często dominują długie kadry z przewagą zbliżeń. Letnie słońce niemieckiej prowincji – inne niż chłód skandynawskiego światła – oświetla w końcowej sekwencji wysoką wieżę protestanckiego wiejskiego kościoła.
24 paź 2010
Ironiczny melodramat
Organizatorzy tegorocznego festiwalu Era Nowe Horyzonty we wszelkich zapowiedziach chętnie przywoływali nazwisko młodego (rocznik ’89) Kanadyjczyka Xaviera Dolana. Nieznany szerzej w Polsce aktor i reżyser narobił już nieco szumu swoim pełnometrażowym debiutem „Zabiłem moją matkę”, zgarniając trzy nagrody w Cannes w 2009 roku, a ptaszki ćwierkają, że polskiej premiery wspomnianego filmu możemy doczekać się na początku przyszłego roku.
Tymczasem w „Wyśnionych miłościach” jako reżyser, scenarzysta i aktor Dolan zawarł nietypową love story o dwójce przyjaciół zakochanych w tym samym chłopaku. O nietypowości gatunkowej świadczy to, że balansowanie bohaterów między samotnością a miłością totalną młody filmowiec oddał niezwykle ironicznie jak na melodramat, w czym zdecydowanie pomaga mu doskonała ścieżka dźwiękowa. Stylizowane na mockumentary fragmenty rozmów z mocno przerysowanymi alter ego głównych postaci stanowią zaskakująco zabawne przerywniki tej ostatecznie nieskomplikowanej historii.
Wysmakowane estetycznie, spowolnione ujęcia podkreślają charakter imaginacji Marie i Francisa o obiekcie swoich westchnień Nicolasie, łagodzą także voyeryzm sekwencji, w których zaglądamy do łóżek bohaterów. Estetyczne kadry również estetyzują – postać Nicolasa w rojeniach dwójki przyjaciół urasta do miłosnego ideału, a emocjonalną gorączkę Dolan zwiększa, chętnie eksperymentując w „Wyśnionych miłościach” światłem, grą spojrzeń, ruchem postaci, odwołując się tak samo do Kar-Waia, Almodovara czy Godarda.
Na deser tej wysmakowanej wizualnie historii najważniejszy utwór z filmu:
Tymczasem w „Wyśnionych miłościach” jako reżyser, scenarzysta i aktor Dolan zawarł nietypową love story o dwójce przyjaciół zakochanych w tym samym chłopaku. O nietypowości gatunkowej świadczy to, że balansowanie bohaterów między samotnością a miłością totalną młody filmowiec oddał niezwykle ironicznie jak na melodramat, w czym zdecydowanie pomaga mu doskonała ścieżka dźwiękowa. Stylizowane na mockumentary fragmenty rozmów z mocno przerysowanymi alter ego głównych postaci stanowią zaskakująco zabawne przerywniki tej ostatecznie nieskomplikowanej historii.
Wysmakowane estetycznie, spowolnione ujęcia podkreślają charakter imaginacji Marie i Francisa o obiekcie swoich westchnień Nicolasie, łagodzą także voyeryzm sekwencji, w których zaglądamy do łóżek bohaterów. Estetyczne kadry również estetyzują – postać Nicolasa w rojeniach dwójki przyjaciół urasta do miłosnego ideału, a emocjonalną gorączkę Dolan zwiększa, chętnie eksperymentując w „Wyśnionych miłościach” światłem, grą spojrzeń, ruchem postaci, odwołując się tak samo do Kar-Waia, Almodovara czy Godarda.
Na deser tej wysmakowanej wizualnie historii najważniejszy utwór z filmu:
19 paź 2010
Życie życiem...
...ale filmy oglądać trzeba! :)
Na przykład taką „Incepcję” Christophera Nolana. Co tam IMDB? Co tam Rotten Tomatoes?! Lud oddał głos (i duuużo gotówki w kasach) filmowi Nolana, błąkając się wraz z filmowymi bohaterami po wielu światach nawet kilkakrotnie (czy ktoś zna jakiś rekord oglądania tego filmu na dużym ekranie?). I znalazł chyba popkulturowego następcę „Matriksa”.
Nolana cenię sobie wysoko przede wszystkim dzięki „Memento” i „Bezsenności”. Gdyby zerknąć już na te tytuły, dostajemy to, co tego reżysera i scenarzystę pociąga najmocniej: przejść granicę między światem wewnętrznym i zewnętrznym. Tym, co dzieje się w człowieku, jego pamięci, duszy i psychice a tym, który produkuje niezliczone ilości bodźców zmuszających do czasem dramatycznego w skutki postępowania. Nurtuje Nolana człowiek jako istota bezustannie sprawdzająca swoje możliwości na tle wydarzeń: ułomną pamięć, ograniczenia snu, nadludzką siłę fizyczną czy zdolność manipulacji. I nie mówię tu o jakiejś „trzcinie na wietrze” rzuconej w wir zdarzeń, tylko pewnego rodzaju outsiderstwie, bo wszystkie postacie Nolana mieszczą się gdzieś na marginesie i wymykają się jednoznacznej ocenie moralnej – tak gliniarz Will Dormer z „Bezsenności”, jak i Domm Cobb z „Incepcji”.
Ten ostatni może spędzać sen z powiek i to bynajmniej nie dla tego, że gra go Leonardo di Caprio ;) Cobb ma bowiem interesujący zawód, jest złodziejem snów. A bliżej: tajemnic, które nasza podświadomość w snach ukrywa. Ostatnie zlecenie, które ma go ustawić (oczywiście!) na całe życie (przynajmniej: rodzinne), przygotowuje niezwykle rzetelnie. Nie zdaje sobie jednak do końca sprawy, że największym wyzwaniem, z jakim przyjdzie się zmierzyć jego całej przeszkolonej ekipie, będzie on sam.
Ubrany w szkatułkową formę film to w zasadzie cały szereg najpierw mozolnych przygotowań, a potem coraz bardziej gmatwającej się realizacji zadania. Tu, rzecz jasna, miejsce jest dla wysmakowanych scen akcji, pościgów, strzelanin i innych cudów od specjalistów w dziedzinie efektów specjalnych. Sposób operowania kamerą w niektórych scenach zasługuje naprawdę na wielkie uznanie (m.in. scena walki w hotelowym korytarzu). Za wielki plus uznać należy doborową obsadę, zwłaszcza ze względu na młode gwiazdy (Ellen Paige z „Juno”, Joseph Gordon-Levitt kojarzony z wielu filmów dla nastolatków czy Cilian Murphy ze „Śniadania na Plutonie”), ale w tle pojawiają się także wybitne sylwetki kina: Michael Caine czy Pete Postlethwaite – najwidoczniej Nolanowi nie wypada odmawiać ;)
Jeżeli już mieć jakieś pretensje, to do samych siebie, drodzy widzowie. Ten, kto spodziewa się filmowego arcydzieła, srodze się zawiedzie. Już od pierwszych scen rzuca się w oczy, ze filmowa fabuła do błyskotliwych należeć nie będzie, a jeśli mówić o jakiejś głębi, to najniżej sięgnie ona dna rzecznego (dosłownie!). Trzeba też zaznaczyć, że filmy z gatunku, jaki „Incepcja” reprezentuje (heist film), są stare jak samo kino. Filmy, których akcja koncentruje się wokół starań grupy ludzi próbujących osiągnąć jakiś cel, cieszą się zawsze popularnością – by „Mission Impossible” czy „Ocean's Eleven” wspomnieć.
Otwarte zakończenie czy cała mnogość smaczków w postaci archetypicznych symboli wywodzących się kultury europejskiej zachęcają jednak, by nie chować tego filmu w szufladce z etykietą „film akcji”. Ciekawe, że możliwości interpretacyjnych jest wiele, bo Nolan nie podaje nachalnie wyższej prawdy o człowieku, nie tworzy umownego świata, który sam w sobie jest snem jakiegoś szaleńca. Nie mamy więc wyrzutów sumienia, że tym razem prawie zakrztusiliśmy się popcornem z wrażenia. ;)
Na przykład taką „Incepcję” Christophera Nolana. Co tam IMDB? Co tam Rotten Tomatoes?! Lud oddał głos (i duuużo gotówki w kasach) filmowi Nolana, błąkając się wraz z filmowymi bohaterami po wielu światach nawet kilkakrotnie (czy ktoś zna jakiś rekord oglądania tego filmu na dużym ekranie?). I znalazł chyba popkulturowego następcę „Matriksa”.
Nolana cenię sobie wysoko przede wszystkim dzięki „Memento” i „Bezsenności”. Gdyby zerknąć już na te tytuły, dostajemy to, co tego reżysera i scenarzystę pociąga najmocniej: przejść granicę między światem wewnętrznym i zewnętrznym. Tym, co dzieje się w człowieku, jego pamięci, duszy i psychice a tym, który produkuje niezliczone ilości bodźców zmuszających do czasem dramatycznego w skutki postępowania. Nurtuje Nolana człowiek jako istota bezustannie sprawdzająca swoje możliwości na tle wydarzeń: ułomną pamięć, ograniczenia snu, nadludzką siłę fizyczną czy zdolność manipulacji. I nie mówię tu o jakiejś „trzcinie na wietrze” rzuconej w wir zdarzeń, tylko pewnego rodzaju outsiderstwie, bo wszystkie postacie Nolana mieszczą się gdzieś na marginesie i wymykają się jednoznacznej ocenie moralnej – tak gliniarz Will Dormer z „Bezsenności”, jak i Domm Cobb z „Incepcji”.
Ten ostatni może spędzać sen z powiek i to bynajmniej nie dla tego, że gra go Leonardo di Caprio ;) Cobb ma bowiem interesujący zawód, jest złodziejem snów. A bliżej: tajemnic, które nasza podświadomość w snach ukrywa. Ostatnie zlecenie, które ma go ustawić (oczywiście!) na całe życie (przynajmniej: rodzinne), przygotowuje niezwykle rzetelnie. Nie zdaje sobie jednak do końca sprawy, że największym wyzwaniem, z jakim przyjdzie się zmierzyć jego całej przeszkolonej ekipie, będzie on sam.
Ubrany w szkatułkową formę film to w zasadzie cały szereg najpierw mozolnych przygotowań, a potem coraz bardziej gmatwającej się realizacji zadania. Tu, rzecz jasna, miejsce jest dla wysmakowanych scen akcji, pościgów, strzelanin i innych cudów od specjalistów w dziedzinie efektów specjalnych. Sposób operowania kamerą w niektórych scenach zasługuje naprawdę na wielkie uznanie (m.in. scena walki w hotelowym korytarzu). Za wielki plus uznać należy doborową obsadę, zwłaszcza ze względu na młode gwiazdy (Ellen Paige z „Juno”, Joseph Gordon-Levitt kojarzony z wielu filmów dla nastolatków czy Cilian Murphy ze „Śniadania na Plutonie”), ale w tle pojawiają się także wybitne sylwetki kina: Michael Caine czy Pete Postlethwaite – najwidoczniej Nolanowi nie wypada odmawiać ;)
Jeżeli już mieć jakieś pretensje, to do samych siebie, drodzy widzowie. Ten, kto spodziewa się filmowego arcydzieła, srodze się zawiedzie. Już od pierwszych scen rzuca się w oczy, ze filmowa fabuła do błyskotliwych należeć nie będzie, a jeśli mówić o jakiejś głębi, to najniżej sięgnie ona dna rzecznego (dosłownie!). Trzeba też zaznaczyć, że filmy z gatunku, jaki „Incepcja” reprezentuje (heist film), są stare jak samo kino. Filmy, których akcja koncentruje się wokół starań grupy ludzi próbujących osiągnąć jakiś cel, cieszą się zawsze popularnością – by „Mission Impossible” czy „Ocean's Eleven” wspomnieć.
Otwarte zakończenie czy cała mnogość smaczków w postaci archetypicznych symboli wywodzących się kultury europejskiej zachęcają jednak, by nie chować tego filmu w szufladce z etykietą „film akcji”. Ciekawe, że możliwości interpretacyjnych jest wiele, bo Nolan nie podaje nachalnie wyższej prawdy o człowieku, nie tworzy umownego świata, który sam w sobie jest snem jakiegoś szaleńca. Nie mamy więc wyrzutów sumienia, że tym razem prawie zakrztusiliśmy się popcornem z wrażenia. ;)
29 kwi 2010
Siła odpychania
Dwóch braci podróżuje szlakiem małych księgarń, zadymionych knajp i podobnych do siebie moteli. Davy, na co dzień pracownik biurowy, prezentuje publiczności swoje zalatujące grafomanią utwory, Sean, który traktuje wyjazd jako urlop od swojej dziewczyny, sprzedaje tomiki opowiadań brata, a częściej skupia się na przygodach miłosnych z kolejnymi kobietami. Podróż bez celu amerykańskimi bezdrożami, w upale kończącego się lata. Kiedy Sean znika na całe godziny, Dave gapi się bezmyślnie w ekran telewizora.
Punkt zwrotny niezależnego „Easier with Practice” następuje wraz z dźwiękiem dzwonka hotelowego telefonu. W słuchawce Dave słyszy kuszący głos Nicole. Coraz bardziej erotyczny dialog prowadzi do seksu przez telefon z nieznajomą. Na jednym telefonie jednak się nie kończy...
Ludzie jawią się w opartym na prawdziwej historii filmie Kyle'a P. A;vareza niczym odpychające się magnesy. Film nagrodzony na Off Plus Camera Nagrodą Publiczności, z jednej strony stanowi kwintesencję wizerunku mężczyzny obecnego czasu – jeśli odrzuca on pozę macho, realizującego się przez kolejne przygody z przypadkowymi kobietami (i mężczyznami również), skazany jest na samotność i emocjonalną pustkę, których nie zniweczą próby budowania więzi z kobietami. Dave, tworząc fikcyjny związek z Nicole, ze strachu przed ujawnieniem swoich słabości zaprzepaszcza prawdziwą relację z kobietą, którą spotyka po powrocie z podróży. Nieprawdziwość uczucia do Nicole, które roi sobie w głowie, pozwala mu za to spokojnie snuć w wyobraźni historię romansu o zaskakującym finale.
Z drugiej strony, filmowa podróż jest współczesnym odczytania twórczym poszukiwań na miarę beatników. Dave i Sean ruszają przecież śladami Jacka Kerouaca, piszącego w latach 50. na poły autobiograficznie o podróżach z przyjaciółmi. W tej anarchistycznej postawie Dave posuwa się do skrajności, posilając się wodą i piwem, spędzając mnóstwo czasu w prowincjonalnych pralniach samoobsługowych, nocując najpierw – choć nie bez konieczności – w samochodzie, potem na znalezionym na pustynnym uboczu starym materacu. Zwieńczeniem tej wymarzonej wyprawy jest postać Dave'a siedzącego w wyprasowanym kołnierzyku przy biurku nad stertą dokumentów.
Prosty, świetnie napisany film, o wcale nie prostych sprawach.
Punkt zwrotny niezależnego „Easier with Practice” następuje wraz z dźwiękiem dzwonka hotelowego telefonu. W słuchawce Dave słyszy kuszący głos Nicole. Coraz bardziej erotyczny dialog prowadzi do seksu przez telefon z nieznajomą. Na jednym telefonie jednak się nie kończy...
Ludzie jawią się w opartym na prawdziwej historii filmie Kyle'a P. A;vareza niczym odpychające się magnesy. Film nagrodzony na Off Plus Camera Nagrodą Publiczności, z jednej strony stanowi kwintesencję wizerunku mężczyzny obecnego czasu – jeśli odrzuca on pozę macho, realizującego się przez kolejne przygody z przypadkowymi kobietami (i mężczyznami również), skazany jest na samotność i emocjonalną pustkę, których nie zniweczą próby budowania więzi z kobietami. Dave, tworząc fikcyjny związek z Nicole, ze strachu przed ujawnieniem swoich słabości zaprzepaszcza prawdziwą relację z kobietą, którą spotyka po powrocie z podróży. Nieprawdziwość uczucia do Nicole, które roi sobie w głowie, pozwala mu za to spokojnie snuć w wyobraźni historię romansu o zaskakującym finale.
Z drugiej strony, filmowa podróż jest współczesnym odczytania twórczym poszukiwań na miarę beatników. Dave i Sean ruszają przecież śladami Jacka Kerouaca, piszącego w latach 50. na poły autobiograficznie o podróżach z przyjaciółmi. W tej anarchistycznej postawie Dave posuwa się do skrajności, posilając się wodą i piwem, spędzając mnóstwo czasu w prowincjonalnych pralniach samoobsługowych, nocując najpierw – choć nie bez konieczności – w samochodzie, potem na znalezionym na pustynnym uboczu starym materacu. Zwieńczeniem tej wymarzonej wyprawy jest postać Dave'a siedzącego w wyprasowanym kołnierzyku przy biurku nad stertą dokumentów.
Prosty, świetnie napisany film, o wcale nie prostych sprawach.
20 kwi 2010
Nieprzystosowana
Rozpoczęty wczoraj krakowski Off Plus Camera to przede wszystkim dużo dobrych filmów, które przyjeżdzają do Polski via amerykańskie Sundance. To tam mieści się festiwalowe centrum amerykankiego (a zdaniem niektórych również światowego) kina niezależnego. Kina, które wprawdzie w innym znaczeniu niz nasze polskie, określa swą niezależność - nie przez dostęp do środków finansowych wielkich amerykańskich wytwórni (bo za kinem niezależnym w USA też stoją ogromne pieniądze i system producencki), ale które pozostaje niezależne przede wszystkim myślowo: dotyka spraw marginesowych, pomijanych oraz stawia nierzadko na eksperyment.
Nagrodzony w tym roku jako najlepszy dramat "Precious: Based on the Novel Push by Sapphire" Lee Danielsa potencjalnie odwołuje się właśnie do fabularnych motywów, które kino hollywoodzkie wolałoby schhować głęboko w szafie. Historia nieszczególnie bystrej, czarnoskórej szesnastolatki, wybiegającej daleko poza rozmiar S, matki dwójki dzieci maltretowanej przez matkę-narkomankę to właściwie od początku do końca zjadliwa i ostra w wymowie krytyka amerykańskiego szkolnictwa, przerzucającego wychodzące poza schemat jednostki do szkół specjalnych, bedących przechowalniami, które wypuszczają młodzież nieprzystosowaną do życia. Niemniej jednak jedną z najbardziej wstrząsających scen w filmie pozostają nie brutalne obrazy pastwiącej się nad nastoletnią Precious matki - nagrodzonej Złotym Globem i Oscarem Mo'Nique. Scena odwiedzin opiekunki społecznej, przed którą odstawia się cały spektakl idealnej rodziny Jones, sprawia, że wewnętrzny bunt zostaje zastapiony poczuciem beznadziejności sytuacji młodej bohaterki.
Zwraca uwagę widza fakt, że uciekająca do świata wyobraźni Precious sięga w końcu po ostateczne środki, by ocalić siebie i swoje dzieci - próbuje odnaleźć miejsce w rzeczywsitości, podejmując ostatnie próby kształcenia. Jego elementem jest pisany na zajęciach prawdziwy dziennik, który stał się faktycznie kanwą adaptowanego scenariusza. Jest w nim poczucie krzywdy, jest agresja, jest poszukiwanie samego siebie i jest w końcu nowe życie. A widzowie uwielbiają takie historie, bez znaczenia, czy z kina niezależnego czy hollywoodzkiego.
Nagrodzony w tym roku jako najlepszy dramat "Precious: Based on the Novel Push by Sapphire" Lee Danielsa potencjalnie odwołuje się właśnie do fabularnych motywów, które kino hollywoodzkie wolałoby schhować głęboko w szafie. Historia nieszczególnie bystrej, czarnoskórej szesnastolatki, wybiegającej daleko poza rozmiar S, matki dwójki dzieci maltretowanej przez matkę-narkomankę to właściwie od początku do końca zjadliwa i ostra w wymowie krytyka amerykańskiego szkolnictwa, przerzucającego wychodzące poza schemat jednostki do szkół specjalnych, bedących przechowalniami, które wypuszczają młodzież nieprzystosowaną do życia. Niemniej jednak jedną z najbardziej wstrząsających scen w filmie pozostają nie brutalne obrazy pastwiącej się nad nastoletnią Precious matki - nagrodzonej Złotym Globem i Oscarem Mo'Nique. Scena odwiedzin opiekunki społecznej, przed którą odstawia się cały spektakl idealnej rodziny Jones, sprawia, że wewnętrzny bunt zostaje zastapiony poczuciem beznadziejności sytuacji młodej bohaterki.
Zwraca uwagę widza fakt, że uciekająca do świata wyobraźni Precious sięga w końcu po ostateczne środki, by ocalić siebie i swoje dzieci - próbuje odnaleźć miejsce w rzeczywsitości, podejmując ostatnie próby kształcenia. Jego elementem jest pisany na zajęciach prawdziwy dziennik, który stał się faktycznie kanwą adaptowanego scenariusza. Jest w nim poczucie krzywdy, jest agresja, jest poszukiwanie samego siebie i jest w końcu nowe życie. A widzowie uwielbiają takie historie, bez znaczenia, czy z kina niezależnego czy hollywoodzkiego.
25 lut 2010
Krótko
Choć blog chwilowo przysnął, nie znaczy, że nie oglądam(y). ;) Krótkie doniesienia z palpfiskyjnego świata...
„Sherlock Holmes” Guy'a Ritchiego mimo braku klimatu telewizyjnych adaptacji kryminałów Doyle'a – wciąga niezmiernie. Ritchie wprawdzie epatuje zgranymi motywami (duet nietuzinkowych bohaterów różnych jak noc i dzień, którzy łączą siły nad wspólną sprawą) i powtarza znane z wcześniejszych filmów rozwiązania formalne (sceny walk poprowadzone w sposób identyczny, jak np. w „Przekręcie”), więc cudów nie ma co oczekiwać. A to, że mamy jednak do czynienia z całkiem udanym kinem rozrywkowym, przypisać należy głównie Robertowi Downey'owi Jr. (Złoty Glob), nadającemu Sherlockowi cechy pociągającego dandysa i zakochanego w sobie szalonego geniusza. Warto zwrócić uwagę na muzykę Hansa Zimmera, na którego mam co prawda alergię - tu jednak efekt jest zaskakujący.
Za reżyserię „Fish Tank” brytyjska reżyserka Andrea Arnold otrzymała nagrodę jury w Cannes i to właśnie reżyseria tej osadzonej na podlondyńskim blokowisku historii o dojrzewaniu zasługuje tu na kilka słów uwagi. Arnold przyjęła bowiem sposób pracy, polegający na stopniowym odsłanianiu przed aktorami poszczególnych partii scenariusza, co w przypadku odtwarzającej główną rolę amatorki Katie Jarvis wymagało, jak sądzę, pewnej dozy artystycznego szaleństwa (realiści mogą nazwać to odwagą) :) W efekcie powstał jednak film zagrany niesamowicie perfekcyjnie, wżerający się w mózg widza, budujący napięcie nie gorzej niż niejeden obraz mistrza Hitchcocka.
Gdyby zestawić ze sobą newageowskie klimaty, nieprawdopodobną, choć w pewnym stopniu prawdziwą historię o amerykańskim batalionie wykorzystującym paranormalne zdolności swoich żołnierzy, kontekst polityczny oraz aktorów, których talent komediowy sprawdzili już m.in. bracia Coen (Clooney, Bridges plus „bonus”: McGregor i Spacey) – dostaniemy film „Człowiek, który gapił się na kozy”. Dziwny to film, drwi bowiem otwarcie z militarnej i gospodarczej ekspansji USA, skłonności Amerykanów do wrzucania do jednego worka kabały, teorii Danikena i psychoanalizy. Z drugiej jednak strony, przez ponad 90 minut mamy wrażenie, że mimo podłożonego całego ładunku ironii, ktoś nagle skrócił lont. Być może namieszał retrospektywnymi wstawkami scenarzysta, być może reżyserowi Grantowi Heslovowi daleko jeszcze do braci Coen, zdolnych okiełznać komediowe zapędy świetnych aktorów...
„Sherlock Holmes” Guy'a Ritchiego mimo braku klimatu telewizyjnych adaptacji kryminałów Doyle'a – wciąga niezmiernie. Ritchie wprawdzie epatuje zgranymi motywami (duet nietuzinkowych bohaterów różnych jak noc i dzień, którzy łączą siły nad wspólną sprawą) i powtarza znane z wcześniejszych filmów rozwiązania formalne (sceny walk poprowadzone w sposób identyczny, jak np. w „Przekręcie”), więc cudów nie ma co oczekiwać. A to, że mamy jednak do czynienia z całkiem udanym kinem rozrywkowym, przypisać należy głównie Robertowi Downey'owi Jr. (Złoty Glob), nadającemu Sherlockowi cechy pociągającego dandysa i zakochanego w sobie szalonego geniusza. Warto zwrócić uwagę na muzykę Hansa Zimmera, na którego mam co prawda alergię - tu jednak efekt jest zaskakujący.
Za reżyserię „Fish Tank” brytyjska reżyserka Andrea Arnold otrzymała nagrodę jury w Cannes i to właśnie reżyseria tej osadzonej na podlondyńskim blokowisku historii o dojrzewaniu zasługuje tu na kilka słów uwagi. Arnold przyjęła bowiem sposób pracy, polegający na stopniowym odsłanianiu przed aktorami poszczególnych partii scenariusza, co w przypadku odtwarzającej główną rolę amatorki Katie Jarvis wymagało, jak sądzę, pewnej dozy artystycznego szaleństwa (realiści mogą nazwać to odwagą) :) W efekcie powstał jednak film zagrany niesamowicie perfekcyjnie, wżerający się w mózg widza, budujący napięcie nie gorzej niż niejeden obraz mistrza Hitchcocka.
Gdyby zestawić ze sobą newageowskie klimaty, nieprawdopodobną, choć w pewnym stopniu prawdziwą historię o amerykańskim batalionie wykorzystującym paranormalne zdolności swoich żołnierzy, kontekst polityczny oraz aktorów, których talent komediowy sprawdzili już m.in. bracia Coen (Clooney, Bridges plus „bonus”: McGregor i Spacey) – dostaniemy film „Człowiek, który gapił się na kozy”. Dziwny to film, drwi bowiem otwarcie z militarnej i gospodarczej ekspansji USA, skłonności Amerykanów do wrzucania do jednego worka kabały, teorii Danikena i psychoanalizy. Z drugiej jednak strony, przez ponad 90 minut mamy wrażenie, że mimo podłożonego całego ładunku ironii, ktoś nagle skrócił lont. Być może namieszał retrospektywnymi wstawkami scenarzysta, być może reżyserowi Grantowi Heslovowi daleko jeszcze do braci Coen, zdolnych okiełznać komediowe zapędy świetnych aktorów...
22 sty 2010
Tajemnice
Wielkomiejskie towarzystwo wybiera się na kilka dni do letniskowego domku gdzieś na pustkowiu. Grono mieszczuchów wraz z małoletnia latoroślą świetnie się bawi, tańcząc, przekomarzając, gotując i snując opowieści. Są wśród nich emigrant, który wrócił na chwilę do ojczyzny i nauczycielka jednego z dzieci. Przyjaciele usiłują ich ze sobą wyswatać.
Sielski obrazek zakłóca zniknięcie młodej nauczycielki. Dzieci, które widziały ją ostatnie, plączą się w zeznaniach, przyjaciele organizują bezładne poszukiwania. Atmosfera staje się coraz gęstsza.
Uniwersalne motywy i konwencjonalne elementy dramatu „Co wiesz o Elly?” ścierają się z lokalną, irańską obyczajowością. Bo choć film ten posługuje się zachodnim schematem fabularnym, doprowadzając napięcie do zenitu, a paznokcie widza skracając o połowę – najciekawsze rzeczy rozgrywają się między bohaterami. Przepytując się nawzajem, odkrywają oni, że nikt tak naprawdę nie znał zaginionej Elly. Sytuację zaognia fakt, że dziewczyna okłamała rodzinę o swym wyjeździe, o czym bohaterowie dowiadują się po rozmowie telefonicznej. Fakt, który w naszej kulturze jest bez znaczenia i nie wpływa znacząco na osobę pokroju Elly – w konserwatywnym, patriarchalnym społeczeństwie irańskim, mimo pozornego liberalizmu, mimo kobiet prowadzących samochody, malujących usta i zachowujących się równie głośno jak ich równolatki z Europy na wakacjach we wszystkich kurortach świata, urasta do rangi świętokradztwa. Wychodzące na jaw kolejne tajemnice Elly nie pozostają bez wpływu na relacje wśród przyjaciół i małżonków, które pomimo globalizacji obnażają wciąż ogromne różnice kulturowe w stosunku do Zachodu.
Choć przyzwyczajona jestem do symbolicznej wymowy irańskich filmów klanu Makhmalbafów, Majidiego czy Kiarostamiego – oglądałam ten film z rosnącym zachwytem. Nie dziwi Srebrny Niedźwiedź w Berlinie, choć Niemcy chętnie dają nagrody filmom z Iranu. „Co wiesz o Elly?” bardzo intensywnie obdziela widza emocjami swoich postaci, a zdjęcia skalistej plaży, pustego, zapuszczonego domu oddane w szarej tonacji, czasem tylko akcentowane kolorowym szczegółem (chusta na głowie kobiety, latawiec, bluza mężczyzny, maska samochodu zanurzonego w falach) podkreślają przytłaczający klimat fatalnego weekendu... Filmowa perełka!
Sielski obrazek zakłóca zniknięcie młodej nauczycielki. Dzieci, które widziały ją ostatnie, plączą się w zeznaniach, przyjaciele organizują bezładne poszukiwania. Atmosfera staje się coraz gęstsza.
Uniwersalne motywy i konwencjonalne elementy dramatu „Co wiesz o Elly?” ścierają się z lokalną, irańską obyczajowością. Bo choć film ten posługuje się zachodnim schematem fabularnym, doprowadzając napięcie do zenitu, a paznokcie widza skracając o połowę – najciekawsze rzeczy rozgrywają się między bohaterami. Przepytując się nawzajem, odkrywają oni, że nikt tak naprawdę nie znał zaginionej Elly. Sytuację zaognia fakt, że dziewczyna okłamała rodzinę o swym wyjeździe, o czym bohaterowie dowiadują się po rozmowie telefonicznej. Fakt, który w naszej kulturze jest bez znaczenia i nie wpływa znacząco na osobę pokroju Elly – w konserwatywnym, patriarchalnym społeczeństwie irańskim, mimo pozornego liberalizmu, mimo kobiet prowadzących samochody, malujących usta i zachowujących się równie głośno jak ich równolatki z Europy na wakacjach we wszystkich kurortach świata, urasta do rangi świętokradztwa. Wychodzące na jaw kolejne tajemnice Elly nie pozostają bez wpływu na relacje wśród przyjaciół i małżonków, które pomimo globalizacji obnażają wciąż ogromne różnice kulturowe w stosunku do Zachodu.
Choć przyzwyczajona jestem do symbolicznej wymowy irańskich filmów klanu Makhmalbafów, Majidiego czy Kiarostamiego – oglądałam ten film z rosnącym zachwytem. Nie dziwi Srebrny Niedźwiedź w Berlinie, choć Niemcy chętnie dają nagrody filmom z Iranu. „Co wiesz o Elly?” bardzo intensywnie obdziela widza emocjami swoich postaci, a zdjęcia skalistej plaży, pustego, zapuszczonego domu oddane w szarej tonacji, czasem tylko akcentowane kolorowym szczegółem (chusta na głowie kobiety, latawiec, bluza mężczyzny, maska samochodu zanurzonego w falach) podkreślają przytłaczający klimat fatalnego weekendu... Filmowa perełka!
6 sty 2010
„Niechciana chata”
To nie jest polskie „Fargo”, to nie jest film Quentina Tarantino jak chcą niektórzy. To jest „Dom zły” Wojciecha Smarzowskiego. Niech tytuł i nazwisko mówią same za siebie. A teraz oklaski, proszę państwa!
W zimie stulecia (którą zresztą wspominali ostatnio przy wigilijnym stole Rodziciele) roku wcale nie-Pańskiego 1982 (dzieci wojny nie pamiętają, ale wiedzą, o co chodzi...) w progu zrujnowanego domu staje w towarzystwie milicjantów w walonkach Edward Środoń. Nie jest to wizyta towarzyska, choć na pozór mogłaby na taką wyglądać – jest i bimber, i zakąski, i przedstawiciele z „wyższych sfer” w postaci choćby prokuratora (który przez pół filmu dochodzi do stanu użyteczności). Towarzystwo ma jednak poza obalaniem w kolejce kolejnych kielonków inne sprawy na głowie, a rekonstrukcja morderstwa, do jakiego doszło w domostwie parę lat wcześniej – nie wydaje się im najważniejsza. Jakby tego mało, nieprzyjemne delirium tremens, trwa do samego końca.
Smarzowski zebrał do kupy najmniej urocze facjaty polskiego kina – nie ukrywajmy. Są więc i Dyblik, i Jakubik (Środoń to pewnie jego rola życia!), z wielką radością ujrzałam mamroczącego Lubosa :). Pojawiają się aktorzy ze srebrnego ekranu (bo Smarzowskiemu zdarzało się popełniać też „BrzydUlę”) i oczywiście świetny „złotopolski” Topa, który – jak pamiętam – obok Lubosa w „Boisku bezdomnych” (mimo małej rólki) pokazał sporo, tu, jako porucznik Mróz, zdawałoby się: ostatni sprawiedliwy – jeszcze więcej. Jeśli obok tych nazwisk postawić duet Kingi Preis i Mariana Dziędziela – nawet już tylko po to warto oglądać!
Ja natomiast, poza kulminacyjnymi scenami filmu, zapomnieć nie mogę muzyki Mikołaja Trzaski. Sposób, w jaki ten pan buduje napięcie w elektryzujących kawałkach – przewyższa dość „klasyczne” w tym wypadku „Olé” Coltrane'a z „Czterech nocy z Anną”.
Na inną modłę, z Vondrackową w tle :)
PS. Tytuł nie mógł być inny... ;)
W zimie stulecia (którą zresztą wspominali ostatnio przy wigilijnym stole Rodziciele) roku wcale nie-Pańskiego 1982 (dzieci wojny nie pamiętają, ale wiedzą, o co chodzi...) w progu zrujnowanego domu staje w towarzystwie milicjantów w walonkach Edward Środoń. Nie jest to wizyta towarzyska, choć na pozór mogłaby na taką wyglądać – jest i bimber, i zakąski, i przedstawiciele z „wyższych sfer” w postaci choćby prokuratora (który przez pół filmu dochodzi do stanu użyteczności). Towarzystwo ma jednak poza obalaniem w kolejce kolejnych kielonków inne sprawy na głowie, a rekonstrukcja morderstwa, do jakiego doszło w domostwie parę lat wcześniej – nie wydaje się im najważniejsza. Jakby tego mało, nieprzyjemne delirium tremens, trwa do samego końca.
Smarzowski zebrał do kupy najmniej urocze facjaty polskiego kina – nie ukrywajmy. Są więc i Dyblik, i Jakubik (Środoń to pewnie jego rola życia!), z wielką radością ujrzałam mamroczącego Lubosa :). Pojawiają się aktorzy ze srebrnego ekranu (bo Smarzowskiemu zdarzało się popełniać też „BrzydUlę”) i oczywiście świetny „złotopolski” Topa, który – jak pamiętam – obok Lubosa w „Boisku bezdomnych” (mimo małej rólki) pokazał sporo, tu, jako porucznik Mróz, zdawałoby się: ostatni sprawiedliwy – jeszcze więcej. Jeśli obok tych nazwisk postawić duet Kingi Preis i Mariana Dziędziela – nawet już tylko po to warto oglądać!
Ja natomiast, poza kulminacyjnymi scenami filmu, zapomnieć nie mogę muzyki Mikołaja Trzaski. Sposób, w jaki ten pan buduje napięcie w elektryzujących kawałkach – przewyższa dość „klasyczne” w tym wypadku „Olé” Coltrane'a z „Czterech nocy z Anną”.
Na inną modłę, z Vondrackową w tle :)
PS. Tytuł nie mógł być inny... ;)
12 gru 2009
Lateks i owczarki
Kawał o delfinach na Galapagos wywołał nawrót wspomnień o zwierzęcych horrorach. Co tam „Arachnofobia”, „Rój” czy „Szczęki”! „Zabójcze ryjówki” – dzisiaj na tapecie!
Pewnego razu na Dzikim Zachodzie, a konkretnie w Teksasie, pewien milioner postanowił zrealizować swoje marzenie i wyprodukować film. Znalazł scenariusz, małą, na poły amatorską wytwórnię, wsadził do filmu pochodzącą ze Szwecji Miss Universe 1957, sam grając jedną z postaci – i powstał jeden z najbardziej kultowych horrorów. „Zabójcze ryjówki” (1959) sytuują akcję filmu na zalesionej wyspie. Przebywa tam naukowiec pracujący nad hormonem, który pomógłby zmniejszyć rozmiary człowieka, by rozwiązać problem przeludnienia. Sytuacja wymyka się spod kontroli, gdy efektem eksperymentu staje się ekspansja przerośniętych ryjówek pustoszących wyspę. Tymczasem u jej brzegów musi nagle cumować mały statek...
Film wciąż znajduje się w rankingach filmów kultowych i kampowych. Widzowie uwielbiają przytaczać kwestie bohaterów, jak np. „Why, that's as big as a full-grown wolf!” czy „Looks like a rat, smells like a skunk-some call them bone-eaters”, żeby nie wspomnieć o irytującym akcencie aktorki („zis horrible situation zat exists”).
Internauci na całym świecie wciąż nie mogą dojść do porozumienia, czy ryjówki „zagrały” psy myśliwskie czy owczarki niemieckie wciśnięte w lateks z doklejaną sztuczną sierścią. Fani muzyki z filmowych horrorów wciąż poszukują nagrań dźwiękowych z tego filmu, nadal można kupić w Stanach Zjednoczonych płyty DVD. Jedynym większym wkładem „Zabójczych ryjówek” w kinematografię jest to, że zbliżenie wielkiego oka zwierzęcia (guzikowego!) ukradł na potrzeby „Szczęk” Steven Spielberg (i chwała mu za to, scena należy do najstraszniejszych w filmie). Oczywiście, pamiętać należy o niezliczonych przykładach nawiązań do „Zabójczych ryjówek” w horrorach podrzędnej klasy, przytaczając choćby wyprodukowany w 2006 roku nowozelandzki „Black Sheep”, powstały na fali przerażenia chorobą wściekłych krów.
Pewnego razu na Dzikim Zachodzie, a konkretnie w Teksasie, pewien milioner postanowił zrealizować swoje marzenie i wyprodukować film. Znalazł scenariusz, małą, na poły amatorską wytwórnię, wsadził do filmu pochodzącą ze Szwecji Miss Universe 1957, sam grając jedną z postaci – i powstał jeden z najbardziej kultowych horrorów. „Zabójcze ryjówki” (1959) sytuują akcję filmu na zalesionej wyspie. Przebywa tam naukowiec pracujący nad hormonem, który pomógłby zmniejszyć rozmiary człowieka, by rozwiązać problem przeludnienia. Sytuacja wymyka się spod kontroli, gdy efektem eksperymentu staje się ekspansja przerośniętych ryjówek pustoszących wyspę. Tymczasem u jej brzegów musi nagle cumować mały statek...
Film wciąż znajduje się w rankingach filmów kultowych i kampowych. Widzowie uwielbiają przytaczać kwestie bohaterów, jak np. „Why, that's as big as a full-grown wolf!” czy „Looks like a rat, smells like a skunk-some call them bone-eaters”, żeby nie wspomnieć o irytującym akcencie aktorki („zis horrible situation zat exists”).
Internauci na całym świecie wciąż nie mogą dojść do porozumienia, czy ryjówki „zagrały” psy myśliwskie czy owczarki niemieckie wciśnięte w lateks z doklejaną sztuczną sierścią. Fani muzyki z filmowych horrorów wciąż poszukują nagrań dźwiękowych z tego filmu, nadal można kupić w Stanach Zjednoczonych płyty DVD. Jedynym większym wkładem „Zabójczych ryjówek” w kinematografię jest to, że zbliżenie wielkiego oka zwierzęcia (guzikowego!) ukradł na potrzeby „Szczęk” Steven Spielberg (i chwała mu za to, scena należy do najstraszniejszych w filmie). Oczywiście, pamiętać należy o niezliczonych przykładach nawiązań do „Zabójczych ryjówek” w horrorach podrzędnej klasy, przytaczając choćby wyprodukowany w 2006 roku nowozelandzki „Black Sheep”, powstały na fali przerażenia chorobą wściekłych krów.
4 gru 2009
Perspektywa celownika
Wojna jest wystarczająco okrutna, by usunąć ją w najdalsze obszary pamięci. Są jednak i tacy, którym wspomnienia nie dają spokoju i chcą dokonać rozrachunku z własnym obrazem wojny. Po "Walcu z Baszirem" Folmana, kolejny film, zdobywca tegorocznych weneckich Złotych Lwów, "Liban" Samuela Maoza, wykorzystuje tło historycznego działań wojennych na Bliskim Wschodzie w 1982 roku.
Maoz tak jak Folman tworzy obraz wojny prowadzącej do szaleństwa, któremu ulega jeden z bohaterów. Kto nie poddałby się zresztą szaleństwu, gdyby kazano mu strzelać do dzieci i kobiet, patrzeć w martwe oczy trupów, traktować wroga jak zwierzę czy używać zakazanego przez konwencje międzynarodowe fosforu jako broni masowego rażenia? Fabularnie film Maoza nie dodaje więc już nic nowego ponad to, co wiemy po filmie Folmana.
Załoga czołgu musi samodzielnie wydostać się z obszaru zajętego przez Syryjczyków. Żołnierze są wykończeni, dochodzi wśród nich do nieustannych tarć. Szmulik, nowy członek załogi, zasiada za działkiem strzeleckim. W ciągu jednej doby zobaczy więcej, niż ktokolwiek mógłby ujrzeć przez całe swoje życie. Dobijanie rannych cywili, upadek autorytetu dowódców, okradanie bezbronnych, nienawiść w oczach młodego chłopca, naga, krzycząca kobieta w szoku biegająca po ulicy - te sceny oglądane przez celownik działa utkwią mu w pamięci na całe życie.
Cały świat Szmulika i wojennych towarzyszy zamknięty jest bowiem na kilku metrach kwadratowych czołgu. Na świat zewnętrzny niemal przez cały czas Maoz pozwala patrzeć tylko z "perspektywy celownika". Obraz przedzielony siatką celowniczą jest dominantą wizualną "Libanu". Ten sposób obrazowania nie tylko każe utożsamić Szmulika z twórcą filmu, ale też utożsamia z bohaterem samego widza, który patrzy na ruiny miasta i wojnę oczami młodego mężczyzny. Cóż może być bardziej osobistego dla reżysera, niż pozwolić widzowi patrzeć przez obraz filmowy na swoje traumy? Odważniejszy to krok niż artystyczna wizja animowanego "Walca z Baszirem".
Maoz tak jak Folman tworzy obraz wojny prowadzącej do szaleństwa, któremu ulega jeden z bohaterów. Kto nie poddałby się zresztą szaleństwu, gdyby kazano mu strzelać do dzieci i kobiet, patrzeć w martwe oczy trupów, traktować wroga jak zwierzę czy używać zakazanego przez konwencje międzynarodowe fosforu jako broni masowego rażenia? Fabularnie film Maoza nie dodaje więc już nic nowego ponad to, co wiemy po filmie Folmana.
Załoga czołgu musi samodzielnie wydostać się z obszaru zajętego przez Syryjczyków. Żołnierze są wykończeni, dochodzi wśród nich do nieustannych tarć. Szmulik, nowy członek załogi, zasiada za działkiem strzeleckim. W ciągu jednej doby zobaczy więcej, niż ktokolwiek mógłby ujrzeć przez całe swoje życie. Dobijanie rannych cywili, upadek autorytetu dowódców, okradanie bezbronnych, nienawiść w oczach młodego chłopca, naga, krzycząca kobieta w szoku biegająca po ulicy - te sceny oglądane przez celownik działa utkwią mu w pamięci na całe życie.
Cały świat Szmulika i wojennych towarzyszy zamknięty jest bowiem na kilku metrach kwadratowych czołgu. Na świat zewnętrzny niemal przez cały czas Maoz pozwala patrzeć tylko z "perspektywy celownika". Obraz przedzielony siatką celowniczą jest dominantą wizualną "Libanu". Ten sposób obrazowania nie tylko każe utożsamić Szmulika z twórcą filmu, ale też utożsamia z bohaterem samego widza, który patrzy na ruiny miasta i wojnę oczami młodego mężczyzny. Cóż może być bardziej osobistego dla reżysera, niż pozwolić widzowi patrzeć przez obraz filmowy na swoje traumy? Odważniejszy to krok niż artystyczna wizja animowanego "Walca z Baszirem".
2 gru 2009
Bogart, kawa i papierosy
Na początek, nieco na przekór dzisiejszemu tytułowi, trzeba przyznać, że doskonale ogląda się filmy tak dobre jak "Rewers" przy festiwalowej publicznosci jak ta na łódzkim Camerimage :). Bo ta potrafi być kaprysna, potrafi obsmiać, ale i zachować sie nie gorzej niz emocjonalnie reagująca publicznosć kina bollywoodzkiego. Podczas wczorajszego pokazu debiutu Lankosza, ciężko było czasem usłyszeć filmowe dialogi wsród powracających burz oklasków po kwestiach Anny Polony czy Marcina Dorocińskiego.
I czemu tu się dziwić? Doskonały, spójny scenariusz Andrzeja Barta sytuuje akcję "Rewersu" głównie w warszawskim mieszkaniu. Przez kilka dni 1952 roku staje się ono sceną nieprzewidzianych wydarzeń, w których istotne role zagrają nie tylko trzy spokrewnione ze sobą kobiety, ale i karafka domowej nalewki, sernik i złota dolarówka. Humor obyczajowy (awanse kandydatów na męża Sabiny) ustępuje jednak szybko miejsca kolejnym językowym perełkom ("A gdy umrę, nie cucić", "Poezja, słucham?").
Jako że jestesmy na festiwalu zdjęć filmowych, zostawmy na kiedy indziej pienia pochwalne skierowane do aktorów i reżysera-debiutanta, by kilka słów rzec o efektach pracy Marcina Koszałki. Autor swietnych zdjęć m.in. do "Rysy", któremu reżyser tym razem nie zaglądał przez ramię, smiało eksperymentuje z obrazem, umieszczając np. postać mówiącą w dalekim planie, sytuując kamerę nad bohaterami (sekwencja z filiżankami herbaty ptzypomina "Kawę i papierosy" Jarmuscha), ale i oddaje pokłon kinu lat 40. i 50. Wiernocią starym mistrzom cechują się zwłaszcza kadry z udziałem Dorocińskiego, kreowanego na Humphrey'a Bogarta. Scena z kawiarni, gdzie Bronek spotyka się z Sabiną, jest niemal identyczna z tą:
ł
I czemu tu się dziwić? Doskonały, spójny scenariusz Andrzeja Barta sytuuje akcję "Rewersu" głównie w warszawskim mieszkaniu. Przez kilka dni 1952 roku staje się ono sceną nieprzewidzianych wydarzeń, w których istotne role zagrają nie tylko trzy spokrewnione ze sobą kobiety, ale i karafka domowej nalewki, sernik i złota dolarówka. Humor obyczajowy (awanse kandydatów na męża Sabiny) ustępuje jednak szybko miejsca kolejnym językowym perełkom ("A gdy umrę, nie cucić", "Poezja, słucham?").
Jako że jestesmy na festiwalu zdjęć filmowych, zostawmy na kiedy indziej pienia pochwalne skierowane do aktorów i reżysera-debiutanta, by kilka słów rzec o efektach pracy Marcina Koszałki. Autor swietnych zdjęć m.in. do "Rysy", któremu reżyser tym razem nie zaglądał przez ramię, smiało eksperymentuje z obrazem, umieszczając np. postać mówiącą w dalekim planie, sytuując kamerę nad bohaterami (sekwencja z filiżankami herbaty ptzypomina "Kawę i papierosy" Jarmuscha), ale i oddaje pokłon kinu lat 40. i 50. Wiernocią starym mistrzom cechują się zwłaszcza kadry z udziałem Dorocińskiego, kreowanego na Humphrey'a Bogarta. Scena z kawiarni, gdzie Bronek spotyka się z Sabiną, jest niemal identyczna z tą:
ł
27 lis 2009
W dół
Od poprzedniego Bardzo Ważnego Filmu Aleksieja Bałabanowa wszystko się tutaj zaczęło. :) Ciężką przewiną byłoby więc pominąć „Morfinę” – nowe dzieło Bałabanowa. Tego reżysera wysoko cenię sobie również za obie części „Brata”, które oglądaliśmy z Rodzicielem daaawno temu w Telewizji Państwowej. Grający zresztą tytułowego brata, Daniłę, Siergiej Bodrow młodszy, którego filmy przypominano też na Sputniku w Warszawie, na podstawie przesyconych autobiograficznymi wtrętami opowiadań Michaiła Bułhakowa napisał scenariusz „Morfiny”.
„Ładunek 200” wciskał w fotel przerażającym realizmem dokonującego się moralnego i politycznego rozpadu Kraju Rad. „Morfina” ciągnie w dół eskapizmem młodego doktora-narkomana w odchodzącej w cień carskiej Rosji. Michaił Poliakow ląduje w wiejskim szpitalu, gdzie powitany zostaje jako „jaśnie pan”. Mimo ogromnego szacunku, jakim darzą go mieszkańcy okolicy, zmaga się z brakiem pewności siebie oraz samotnością narastającą w zimowych zamieciach i wśród starych płyt z rosyjskimi balladami, pozostałych po zaginionym w tajemniczych okolicznościach poprzednim lekarzu. Pierwsze niepowodzenia w pracy, a także ból wynikający z choroby, którą Poliakow zaraża się od pacjenta, koi potężnymi dawkami morfiny. Tak zaczyna się życie od strzału do strzału...
Snuta spokojnie i bez nagłych zwrotów akcji opowieść zachwyca przede wszystkim spójnością – Bałabanow dopracował całość co do szczegółu. Fabuła podzielona została czarnymi planszami sygnalizującymi istotne wydarzenia w życiu Poliakowa. Bałabanow przyzwyczaił już nie tylko do mocnych, realistycznych scen – z amputacją kończyn i tracheotomią włącznie – ale również do wysoko ustawionej poprzeczki, przed jaką stają aktorzy. Pojawiają się zresztą twarze rosyjskich aktorów znane z innych filmów Bałabanowa, ale prym wiedzie na pewno Leonid Biczewicz w roli Poliakowa.
Widzowie już docenili „Morfinę” – parę godzin temu ogłoszono, że obraz Bałabanowa otrzymał ex aequo z „Dzikimi polami” nagrodę publiczności Sputnika.
„Ładunek 200” wciskał w fotel przerażającym realizmem dokonującego się moralnego i politycznego rozpadu Kraju Rad. „Morfina” ciągnie w dół eskapizmem młodego doktora-narkomana w odchodzącej w cień carskiej Rosji. Michaił Poliakow ląduje w wiejskim szpitalu, gdzie powitany zostaje jako „jaśnie pan”. Mimo ogromnego szacunku, jakim darzą go mieszkańcy okolicy, zmaga się z brakiem pewności siebie oraz samotnością narastającą w zimowych zamieciach i wśród starych płyt z rosyjskimi balladami, pozostałych po zaginionym w tajemniczych okolicznościach poprzednim lekarzu. Pierwsze niepowodzenia w pracy, a także ból wynikający z choroby, którą Poliakow zaraża się od pacjenta, koi potężnymi dawkami morfiny. Tak zaczyna się życie od strzału do strzału...
Snuta spokojnie i bez nagłych zwrotów akcji opowieść zachwyca przede wszystkim spójnością – Bałabanow dopracował całość co do szczegółu. Fabuła podzielona została czarnymi planszami sygnalizującymi istotne wydarzenia w życiu Poliakowa. Bałabanow przyzwyczaił już nie tylko do mocnych, realistycznych scen – z amputacją kończyn i tracheotomią włącznie – ale również do wysoko ustawionej poprzeczki, przed jaką stają aktorzy. Pojawiają się zresztą twarze rosyjskich aktorów znane z innych filmów Bałabanowa, ale prym wiedzie na pewno Leonid Biczewicz w roli Poliakowa.
Widzowie już docenili „Morfinę” – parę godzin temu ogłoszono, że obraz Bałabanowa otrzymał ex aequo z „Dzikimi polami” nagrodę publiczności Sputnika.
24 lis 2009
Porządki
Trzeba. Bo zaraz nowy natłok wrażeń się zacznie. Ku pamięci, ku spokojnemu snowi Naczelnego martwiącego się, że znowu upiornie przekroczę deadline (pochwalę się, że liczbę znaków nauczyłam się już trzymać w ryzach ;)) Porządki, moi drodzy, kosmiczne porządki!
Nie będziemy jednak mówić o „Autostopem przez galaktykę", ani o porządkach zaprowadzanych przez wyłupiastych Obcych. Nie będziemy nawet poruszać się w obrębie SF, choć rosyjskie kino piękne owoce wydało w tym gatunku. Przed warszawskim Pałacem, ku czci którego ostatnio zawiązał się komitet „Stanowcze NIE zburzeniu” (a kto by chciał?! coś musi w tym mieście ginąć w smogu) wylądował bowiem Sputnik, prawdziwy, najprawdziwszy.
Te kilka dni spędzone w stolycy były, doprawdy, mocno doprawione słowiańskim sentymentalizmem. Przyszło więc nie tylko poruszać się po wnętrzach daru narodu radzieckiego dla narodu polskiego, po śliskich parkietach i podwijających się chodnikach, ale jeszcze między zdjęciami Wysockiego, matrioszkami (w życiu tylu naraz nie widziałam!) i płytami z nadrukami cyrylicą. I nawet, po trochu się ten stan ducha udzielił (wina ćwiartki krwi radziecko-ukraińskiej...).
O filmach więc już mało, wedle porządku.
„Cztery pory miłości” debiutanta Siergieja Mokrickija w błyskotliwym scenariuszu zazębia ze sobą losy bohaterów 4 nowelek o miłości. Można było się otrzeć niebezpiecznie o banał, ale twórcy nie ewokują łatwych rozwiązań, rozstają się ze swymi postaciami w momencie, gdy prawdziwy trud, ale i szczęście budowania miłości dopiero się zaczyna. Uniwersalnej wymowie filmu nadano lokalnego kolorytu. Mamy więc i wojnę domową, i życie codzienne w kapitalistycznej Rosji, i społeczne traumy współczesnego społeczeństwa, a nawet osobliwy rodzaj świętości prawosławnej... Końcówka, niestety, bardzo słaba :(
„Zaginione imperium” – kiedy się ma naród liczący 140 mln luda, znalezienie przystojnego aktora przestaje być problemem. Taki ładny chłopiec znalazł się w filmie o szukaniu swego miejsca w realiach lat 70. Nie powiem, barwy życia moskiewskich studentów są mocne i przyciągają uwagę. Ale próba nadania filmowi głosu pokolenia, które najdotkliwiej przeżyło pierestrojkę, odbiera całą frajdę z obserwowania zakupów zakazanych płyt dokonywanych w parkowych alejkach czy kolejek do archaicznych niemal budek z piwem.
Na szczęście, film „Bikiniarze”, który cofa widza o 20 lat wstecz, do ulicznych potyczek złotych ptaków bloku wschodniego z komsomolską młodzieżą – nie usiłuje być niczym więcej niż zręcznie nakręconym, żywiołowym musicalem, o którym mówi się: rosyjskie „West Side Story”. Są więc i piękne kostiumy, i samochody, i jedna z najpiękniejszych rosyjskich aktorek młodego pokolenia Oksana Akinshina („Lilja 4-ever”!), jest i porywająca muzyka. Ta ostatnia daje jednak oprawę niezbyt udatnym tekstom. Mniej więcej po czwartej piosence należy więc liczyć się z ryzykiem ziewania.
Muszę jednak przyznać, że przeprosiłam się na razie z melodramatem. O kultowym „Moskwa nie wierzy łzom” jednak innym razem, bo rzecz wymaga osobnego potraktowania.
Na koniec bluźnierstwo: Tarkowskiego odpuściłam!...
Chyba najlepszy kawałek z „Bikiniarzy”
Nie będziemy jednak mówić o „Autostopem przez galaktykę", ani o porządkach zaprowadzanych przez wyłupiastych Obcych. Nie będziemy nawet poruszać się w obrębie SF, choć rosyjskie kino piękne owoce wydało w tym gatunku. Przed warszawskim Pałacem, ku czci którego ostatnio zawiązał się komitet „Stanowcze NIE zburzeniu” (a kto by chciał?! coś musi w tym mieście ginąć w smogu) wylądował bowiem Sputnik, prawdziwy, najprawdziwszy.
Te kilka dni spędzone w stolycy były, doprawdy, mocno doprawione słowiańskim sentymentalizmem. Przyszło więc nie tylko poruszać się po wnętrzach daru narodu radzieckiego dla narodu polskiego, po śliskich parkietach i podwijających się chodnikach, ale jeszcze między zdjęciami Wysockiego, matrioszkami (w życiu tylu naraz nie widziałam!) i płytami z nadrukami cyrylicą. I nawet, po trochu się ten stan ducha udzielił (wina ćwiartki krwi radziecko-ukraińskiej...).
O filmach więc już mało, wedle porządku.
„Cztery pory miłości” debiutanta Siergieja Mokrickija w błyskotliwym scenariuszu zazębia ze sobą losy bohaterów 4 nowelek o miłości. Można było się otrzeć niebezpiecznie o banał, ale twórcy nie ewokują łatwych rozwiązań, rozstają się ze swymi postaciami w momencie, gdy prawdziwy trud, ale i szczęście budowania miłości dopiero się zaczyna. Uniwersalnej wymowie filmu nadano lokalnego kolorytu. Mamy więc i wojnę domową, i życie codzienne w kapitalistycznej Rosji, i społeczne traumy współczesnego społeczeństwa, a nawet osobliwy rodzaj świętości prawosławnej... Końcówka, niestety, bardzo słaba :(
„Zaginione imperium” – kiedy się ma naród liczący 140 mln luda, znalezienie przystojnego aktora przestaje być problemem. Taki ładny chłopiec znalazł się w filmie o szukaniu swego miejsca w realiach lat 70. Nie powiem, barwy życia moskiewskich studentów są mocne i przyciągają uwagę. Ale próba nadania filmowi głosu pokolenia, które najdotkliwiej przeżyło pierestrojkę, odbiera całą frajdę z obserwowania zakupów zakazanych płyt dokonywanych w parkowych alejkach czy kolejek do archaicznych niemal budek z piwem.
Na szczęście, film „Bikiniarze”, który cofa widza o 20 lat wstecz, do ulicznych potyczek złotych ptaków bloku wschodniego z komsomolską młodzieżą – nie usiłuje być niczym więcej niż zręcznie nakręconym, żywiołowym musicalem, o którym mówi się: rosyjskie „West Side Story”. Są więc i piękne kostiumy, i samochody, i jedna z najpiękniejszych rosyjskich aktorek młodego pokolenia Oksana Akinshina („Lilja 4-ever”!), jest i porywająca muzyka. Ta ostatnia daje jednak oprawę niezbyt udatnym tekstom. Mniej więcej po czwartej piosence należy więc liczyć się z ryzykiem ziewania.
Muszę jednak przyznać, że przeprosiłam się na razie z melodramatem. O kultowym „Moskwa nie wierzy łzom” jednak innym razem, bo rzecz wymaga osobnego potraktowania.
Na koniec bluźnierstwo: Tarkowskiego odpuściłam!...
Chyba najlepszy kawałek z „Bikiniarzy”
6 paź 2009
Boże, jak ja cię kocham!
Kino w mieście B tym razem oferowało coś – powiedzmy – nadającego się do odbioru („Enen” Falka i „Baraka”), jednak karkonoska odmiana halnego definitywnie przekreśliła szanse i chęci poznania wreszcie ukochanego kina w nowej wersji postmodern. W sukurs przyszła znowu Umiłowana Przez Rodziciela Cyfra+. Rodziciel zresztą zasiadł ze mną do oglądania, na początku ciut przysypiając, potem już sekundując biednemu bohaterowi.
A bohaterem ostatniego seansu jest Paul Sheldon, pisarz romansów, który postanawia wreszcie uśmiercić swoją literacką postać, by móc pisać rzeczy bardziej ambitne. Biedakowi zdarza się jednak nieszczęśliwy wypadek i trafia w opiekuńcze ręce Annie Wilkes, fanki autora, kwalifikowanej pielęgniarki i ...morderczyni. „Misery” Roba Reinera jest historią o rozgrywce, jaka toczy się o przetrwanie w położonym na odludziu domu. I może jeszcze prześmiewczym obrazem mitu, jaki wokół siebie budują celebryci.
Powinnam chyba od razu uprzedzić, że na filmach strasznych nie mogę opanować odruchu śmiechu. W chwilach, gdy kończyłam łapać oddech, mogłam skupić się na filmowzch smaczkach – a to w postaci wyśmienitego aktorstwa Kathy Bates i Jamesa Caana czy nawet krótkiej roli Lauren Bacall, a to na uroczych i szczerych wyznaniach Annie („Boże, jak ja cię kocham!”, „Czy mogę czytać rozdział po rozdziale? Będę dopisywać brakujące N”). Jak wielkie jest uwielbienie Annie do Sheldona, okazuje się, gdy na scenę wkracza (wbiega?) imienniczka idealnej bohaterki powieści.
Gatunkowo „Misery” przewraca na drugą stronę kilka konwencji: romans – klasyk gatunku, umieszczając dwoje bohaterów w górskim pustkowiu, sugerowałby jakieś iskrzenie między bohaterami. Iskry lecą, oczywiście, ale z dubeltówki i piecyka do grilla. Fabuły tworzonej nowej powieści „Bez tytułu” już nie wspomnę... :) Kryminał z kolei nakazuje pościg i poszukiwanie zaginionego Paula, tymczasem pisarza szuka para żwawych staruszków-policjantów, którzy z czułością to przekomarzają się między sobą, to oskarżają się o zdradę. (Typ niekonwencjonalnego policjanta pojawił się też w „Fargo” i paru innych perełkach braci Coen.) I w końcu thriller – bo przecież jak bardzo straszna może być budząca zaufanie, trochę przyciężkawa Annie z trudną przeszłością, która po prostu nie lubi sprzeciwu i co jakiś czas staje się wariatką biegającą ze strzykawką? Nie jest to może dreszczowiec na miarę „Lśnienia”, ale przednia zabawa w towarzystwie nie oklepanych filmowych charakterów – na pewno.
A bohaterem ostatniego seansu jest Paul Sheldon, pisarz romansów, który postanawia wreszcie uśmiercić swoją literacką postać, by móc pisać rzeczy bardziej ambitne. Biedakowi zdarza się jednak nieszczęśliwy wypadek i trafia w opiekuńcze ręce Annie Wilkes, fanki autora, kwalifikowanej pielęgniarki i ...morderczyni. „Misery” Roba Reinera jest historią o rozgrywce, jaka toczy się o przetrwanie w położonym na odludziu domu. I może jeszcze prześmiewczym obrazem mitu, jaki wokół siebie budują celebryci.
Powinnam chyba od razu uprzedzić, że na filmach strasznych nie mogę opanować odruchu śmiechu. W chwilach, gdy kończyłam łapać oddech, mogłam skupić się na filmowzch smaczkach – a to w postaci wyśmienitego aktorstwa Kathy Bates i Jamesa Caana czy nawet krótkiej roli Lauren Bacall, a to na uroczych i szczerych wyznaniach Annie („Boże, jak ja cię kocham!”, „Czy mogę czytać rozdział po rozdziale? Będę dopisywać brakujące N”). Jak wielkie jest uwielbienie Annie do Sheldona, okazuje się, gdy na scenę wkracza (wbiega?) imienniczka idealnej bohaterki powieści.
Gatunkowo „Misery” przewraca na drugą stronę kilka konwencji: romans – klasyk gatunku, umieszczając dwoje bohaterów w górskim pustkowiu, sugerowałby jakieś iskrzenie między bohaterami. Iskry lecą, oczywiście, ale z dubeltówki i piecyka do grilla. Fabuły tworzonej nowej powieści „Bez tytułu” już nie wspomnę... :) Kryminał z kolei nakazuje pościg i poszukiwanie zaginionego Paula, tymczasem pisarza szuka para żwawych staruszków-policjantów, którzy z czułością to przekomarzają się między sobą, to oskarżają się o zdradę. (Typ niekonwencjonalnego policjanta pojawił się też w „Fargo” i paru innych perełkach braci Coen.) I w końcu thriller – bo przecież jak bardzo straszna może być budząca zaufanie, trochę przyciężkawa Annie z trudną przeszłością, która po prostu nie lubi sprzeciwu i co jakiś czas staje się wariatką biegającą ze strzykawką? Nie jest to może dreszczowiec na miarę „Lśnienia”, ale przednia zabawa w towarzystwie nie oklepanych filmowych charakterów – na pewno.
3 paź 2009
Jakieś mrożne zadupie
Guy Maddin, moje odkrycie ubiegłorocznych Nowych Horyzontów. Dla niektórych odkrycie tegoroczne – próżność ludzka nie pozwala nie rzec: „pierwsza!” ;) Do kin znowu trafiło cudowne „Moje Winnipeg”.
Wraz ze śpiącym pasażerem pociągu, uciekającym z Winnipeg, prowadzeni głosem narratora z offu, wracamy do miejsc jego dzieciństwa i młodości: salonu kosmetycznego prowadzonego przez matkę narratora, pływalni z basenami umieszczonymi w podziemiach budynku, hali z lodowiskiem, o której mówi: „urodziłem się tu”.
W subiektywnym portrecie miasta w sercu serca kontynentu reżyser miesza losy własnej rodziny z niesamowitymi opowieściami krótkiej, bo niewiele ponad stuletniej historii Winnipeg. Jest to miasto lunatyków, miasto ludzi zagubionych, uciekających, ale również miasto kochane (uzależniające?). Zbudowane w widłach rzeki, z ulicami bez nazw, przyciągało zawsze element z półświatka, ale też media spirytystyczne i wybitnych sportowców. Burdelmamy siadały przy jednym stole z notablami, by wspólnie decydować o losie miasta, a hokeiści miejscowej drużyny po kilkudziesięciu latach rozgrywali mecz w archaicznych strojach.
W jeden oniryczny pejzaż stapiają się szaleńcze fantazje o hitlerowcach wkraczających do miasta z legendami łączącymi tradycje szkocką, indiańską i mormońską, a silna figura matki aż prosi się o psychoanalityczne inklinacje. Stylistyka snu pozwoliła Maddinowi na taką konstrukcję fabuły – którą reżyser uparcie nazywa dokufantazją – że umożliwiła ona swobodne łączenie różnych motywów oraz płynne przechodzenie z jednego wątku do drugiego.
Producent filmu Michael Burns - jak wspomina Maddin w rozmowach z Michałem Oleszczykiem i Kubą Mikurdą - powiedział reżyserowi: „Więc możesz zrobić bardzo osobisty dokument o Winnipeg. Tylko nie pokazuj mi jakiegoś mroźnego zadupia. Ma być osobisty, bardzo osobisty”.
Wraz ze śpiącym pasażerem pociągu, uciekającym z Winnipeg, prowadzeni głosem narratora z offu, wracamy do miejsc jego dzieciństwa i młodości: salonu kosmetycznego prowadzonego przez matkę narratora, pływalni z basenami umieszczonymi w podziemiach budynku, hali z lodowiskiem, o której mówi: „urodziłem się tu”.
W subiektywnym portrecie miasta w sercu serca kontynentu reżyser miesza losy własnej rodziny z niesamowitymi opowieściami krótkiej, bo niewiele ponad stuletniej historii Winnipeg. Jest to miasto lunatyków, miasto ludzi zagubionych, uciekających, ale również miasto kochane (uzależniające?). Zbudowane w widłach rzeki, z ulicami bez nazw, przyciągało zawsze element z półświatka, ale też media spirytystyczne i wybitnych sportowców. Burdelmamy siadały przy jednym stole z notablami, by wspólnie decydować o losie miasta, a hokeiści miejscowej drużyny po kilkudziesięciu latach rozgrywali mecz w archaicznych strojach.
W jeden oniryczny pejzaż stapiają się szaleńcze fantazje o hitlerowcach wkraczających do miasta z legendami łączącymi tradycje szkocką, indiańską i mormońską, a silna figura matki aż prosi się o psychoanalityczne inklinacje. Stylistyka snu pozwoliła Maddinowi na taką konstrukcję fabuły – którą reżyser uparcie nazywa dokufantazją – że umożliwiła ona swobodne łączenie różnych motywów oraz płynne przechodzenie z jednego wątku do drugiego.
Producent filmu Michael Burns - jak wspomina Maddin w rozmowach z Michałem Oleszczykiem i Kubą Mikurdą - powiedział reżyserowi: „Więc możesz zrobić bardzo osobisty dokument o Winnipeg. Tylko nie pokazuj mi jakiegoś mroźnego zadupia. Ma być osobisty, bardzo osobisty”.
27 wrz 2009
Kino czy kobiety?
Dlaczego wolę, kiedy Pedro Nieustającej Kobiecości opowiada o kobietach właśnie, a nie o własnej miłości do kina? Bo kiedy mówi tylko o kobietach, jego filmy są prawdziwsze. Bo nie popada w skrajny autotematyzm, który choć stanowi zajmującą rozrywkę dla wielbiciela jego kina, zabiera ostatniemu obrazowi Almodovara „Przerwane objęcia" wielu cennych scen i tak długiego filmu.
Słusznie dopatrywałam się powiązań postaci Leny z „Przerwanych objęć” i Pepy z „Kobiet na skraju załamania nerwowego”, połączenie to ma charakter nie tylko kolorystyczny. Almodovar znów wraca bowiem do gotowania gazpacho, do kobiety porzuconej przez mężczyznę, plotek o seksualnych umiejętnościach kochanków – nie ma już jednak tego morza absurdu, jaki cechował mój ulubiony film Hiszpana. To nie kobieta, nawet w ciele Penelope Cruz, pozostaje w centrum wydarzeń „Przerwanych objęć”, choć jej pojawienie się w życiu reżysera i scenarzysty Mateo otwiera puszkę Pandory. Mateo i jego twórcze rozterki wysuwa Almodovar na plan pierwszy, jakby natrętnie powtarzał (i podkreśla to zresztą w wywiadach): patrzcie, to ja, to ja!
Smuci ten brak świeżości u wielkiego mistrza i nawet Penelopa mimo tysięcznych ekranowych metamorfoz zaczyna wywoływać niekontrolowany odruch ziewania. Jeśli don Pedro chce nadal sięgać po swoje stare filmy, niech sięga po „Kikę”, po „Volver”, po „Wszystko o mojej matce”. Czekanie na nowy film reżysera, ostatnio okupione rezygnacją ze stania w 1,5-godzinnym ogonku oraz zruganiem przez panią kasjerkę za spóźnienie – będzie tym cięższe i pełne wątpliwości.
Słusznie dopatrywałam się powiązań postaci Leny z „Przerwanych objęć” i Pepy z „Kobiet na skraju załamania nerwowego”, połączenie to ma charakter nie tylko kolorystyczny. Almodovar znów wraca bowiem do gotowania gazpacho, do kobiety porzuconej przez mężczyznę, plotek o seksualnych umiejętnościach kochanków – nie ma już jednak tego morza absurdu, jaki cechował mój ulubiony film Hiszpana. To nie kobieta, nawet w ciele Penelope Cruz, pozostaje w centrum wydarzeń „Przerwanych objęć”, choć jej pojawienie się w życiu reżysera i scenarzysty Mateo otwiera puszkę Pandory. Mateo i jego twórcze rozterki wysuwa Almodovar na plan pierwszy, jakby natrętnie powtarzał (i podkreśla to zresztą w wywiadach): patrzcie, to ja, to ja!
Smuci ten brak świeżości u wielkiego mistrza i nawet Penelopa mimo tysięcznych ekranowych metamorfoz zaczyna wywoływać niekontrolowany odruch ziewania. Jeśli don Pedro chce nadal sięgać po swoje stare filmy, niech sięga po „Kikę”, po „Volver”, po „Wszystko o mojej matce”. Czekanie na nowy film reżysera, ostatnio okupione rezygnacją ze stania w 1,5-godzinnym ogonku oraz zruganiem przez panią kasjerkę za spóźnienie – będzie tym cięższe i pełne wątpliwości.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
