Na początek, nieco na przekór dzisiejszemu tytułowi, trzeba przyznać, że doskonale ogląda się filmy tak dobre jak "Rewers" przy festiwalowej publicznosci jak ta na łódzkim Camerimage :). Bo ta potrafi być kaprysna, potrafi obsmiać, ale i zachować sie nie gorzej niz emocjonalnie reagująca publicznosć kina bollywoodzkiego. Podczas wczorajszego pokazu debiutu Lankosza, ciężko było czasem usłyszeć filmowe dialogi wsród powracających burz oklasków po kwestiach Anny Polony czy Marcina Dorocińskiego.
I czemu tu się dziwić? Doskonały, spójny scenariusz Andrzeja Barta sytuuje akcję "Rewersu" głównie w warszawskim mieszkaniu. Przez kilka dni 1952 roku staje się ono sceną nieprzewidzianych wydarzeń, w których istotne role zagrają nie tylko trzy spokrewnione ze sobą kobiety, ale i karafka domowej nalewki, sernik i złota dolarówka. Humor obyczajowy (awanse kandydatów na męża Sabiny) ustępuje jednak szybko miejsca kolejnym językowym perełkom ("A gdy umrę, nie cucić", "Poezja, słucham?").
Jako że jestesmy na festiwalu zdjęć filmowych, zostawmy na kiedy indziej pienia pochwalne skierowane do aktorów i reżysera-debiutanta, by kilka słów rzec o efektach pracy Marcina Koszałki. Autor swietnych zdjęć m.in. do "Rysy", któremu reżyser tym razem nie zaglądał przez ramię, smiało eksperymentuje z obrazem, umieszczając np. postać mówiącą w dalekim planie, sytuując kamerę nad bohaterami (sekwencja z filiżankami herbaty ptzypomina "Kawę i papierosy" Jarmuscha), ale i oddaje pokłon kinu lat 40. i 50. Wiernocią starym mistrzom cechują się zwłaszcza kadry z udziałem Dorocińskiego, kreowanego na Humphrey'a Bogarta. Scena z kawiarni, gdzie Bronek spotyka się z Sabiną, jest niemal identyczna z tą:
ł
2 gru 2009
27 lis 2009
W dół
Od poprzedniego Bardzo Ważnego Filmu Aleksieja Bałabanowa wszystko się tutaj zaczęło. :) Ciężką przewiną byłoby więc pominąć „Morfinę” – nowe dzieło Bałabanowa. Tego reżysera wysoko cenię sobie również za obie części „Brata”, które oglądaliśmy z Rodzicielem daaawno temu w Telewizji Państwowej. Grający zresztą tytułowego brata, Daniłę, Siergiej Bodrow młodszy, którego filmy przypominano też na Sputniku w Warszawie, na podstawie przesyconych autobiograficznymi wtrętami opowiadań Michaiła Bułhakowa napisał scenariusz „Morfiny”.
„Ładunek 200” wciskał w fotel przerażającym realizmem dokonującego się moralnego i politycznego rozpadu Kraju Rad. „Morfina” ciągnie w dół eskapizmem młodego doktora-narkomana w odchodzącej w cień carskiej Rosji. Michaił Poliakow ląduje w wiejskim szpitalu, gdzie powitany zostaje jako „jaśnie pan”. Mimo ogromnego szacunku, jakim darzą go mieszkańcy okolicy, zmaga się z brakiem pewności siebie oraz samotnością narastającą w zimowych zamieciach i wśród starych płyt z rosyjskimi balladami, pozostałych po zaginionym w tajemniczych okolicznościach poprzednim lekarzu. Pierwsze niepowodzenia w pracy, a także ból wynikający z choroby, którą Poliakow zaraża się od pacjenta, koi potężnymi dawkami morfiny. Tak zaczyna się życie od strzału do strzału...
Snuta spokojnie i bez nagłych zwrotów akcji opowieść zachwyca przede wszystkim spójnością – Bałabanow dopracował całość co do szczegółu. Fabuła podzielona została czarnymi planszami sygnalizującymi istotne wydarzenia w życiu Poliakowa. Bałabanow przyzwyczaił już nie tylko do mocnych, realistycznych scen – z amputacją kończyn i tracheotomią włącznie – ale również do wysoko ustawionej poprzeczki, przed jaką stają aktorzy. Pojawiają się zresztą twarze rosyjskich aktorów znane z innych filmów Bałabanowa, ale prym wiedzie na pewno Leonid Biczewicz w roli Poliakowa.
Widzowie już docenili „Morfinę” – parę godzin temu ogłoszono, że obraz Bałabanowa otrzymał ex aequo z „Dzikimi polami” nagrodę publiczności Sputnika.
„Ładunek 200” wciskał w fotel przerażającym realizmem dokonującego się moralnego i politycznego rozpadu Kraju Rad. „Morfina” ciągnie w dół eskapizmem młodego doktora-narkomana w odchodzącej w cień carskiej Rosji. Michaił Poliakow ląduje w wiejskim szpitalu, gdzie powitany zostaje jako „jaśnie pan”. Mimo ogromnego szacunku, jakim darzą go mieszkańcy okolicy, zmaga się z brakiem pewności siebie oraz samotnością narastającą w zimowych zamieciach i wśród starych płyt z rosyjskimi balladami, pozostałych po zaginionym w tajemniczych okolicznościach poprzednim lekarzu. Pierwsze niepowodzenia w pracy, a także ból wynikający z choroby, którą Poliakow zaraża się od pacjenta, koi potężnymi dawkami morfiny. Tak zaczyna się życie od strzału do strzału...
Snuta spokojnie i bez nagłych zwrotów akcji opowieść zachwyca przede wszystkim spójnością – Bałabanow dopracował całość co do szczegółu. Fabuła podzielona została czarnymi planszami sygnalizującymi istotne wydarzenia w życiu Poliakowa. Bałabanow przyzwyczaił już nie tylko do mocnych, realistycznych scen – z amputacją kończyn i tracheotomią włącznie – ale również do wysoko ustawionej poprzeczki, przed jaką stają aktorzy. Pojawiają się zresztą twarze rosyjskich aktorów znane z innych filmów Bałabanowa, ale prym wiedzie na pewno Leonid Biczewicz w roli Poliakowa.
Widzowie już docenili „Morfinę” – parę godzin temu ogłoszono, że obraz Bałabanowa otrzymał ex aequo z „Dzikimi polami” nagrodę publiczności Sputnika.
24 lis 2009
Porządki
Trzeba. Bo zaraz nowy natłok wrażeń się zacznie. Ku pamięci, ku spokojnemu snowi Naczelnego martwiącego się, że znowu upiornie przekroczę deadline (pochwalę się, że liczbę znaków nauczyłam się już trzymać w ryzach ;)) Porządki, moi drodzy, kosmiczne porządki!
Nie będziemy jednak mówić o „Autostopem przez galaktykę", ani o porządkach zaprowadzanych przez wyłupiastych Obcych. Nie będziemy nawet poruszać się w obrębie SF, choć rosyjskie kino piękne owoce wydało w tym gatunku. Przed warszawskim Pałacem, ku czci którego ostatnio zawiązał się komitet „Stanowcze NIE zburzeniu” (a kto by chciał?! coś musi w tym mieście ginąć w smogu) wylądował bowiem Sputnik, prawdziwy, najprawdziwszy.
Te kilka dni spędzone w stolycy były, doprawdy, mocno doprawione słowiańskim sentymentalizmem. Przyszło więc nie tylko poruszać się po wnętrzach daru narodu radzieckiego dla narodu polskiego, po śliskich parkietach i podwijających się chodnikach, ale jeszcze między zdjęciami Wysockiego, matrioszkami (w życiu tylu naraz nie widziałam!) i płytami z nadrukami cyrylicą. I nawet, po trochu się ten stan ducha udzielił (wina ćwiartki krwi radziecko-ukraińskiej...).
O filmach więc już mało, wedle porządku.
„Cztery pory miłości” debiutanta Siergieja Mokrickija w błyskotliwym scenariuszu zazębia ze sobą losy bohaterów 4 nowelek o miłości. Można było się otrzeć niebezpiecznie o banał, ale twórcy nie ewokują łatwych rozwiązań, rozstają się ze swymi postaciami w momencie, gdy prawdziwy trud, ale i szczęście budowania miłości dopiero się zaczyna. Uniwersalnej wymowie filmu nadano lokalnego kolorytu. Mamy więc i wojnę domową, i życie codzienne w kapitalistycznej Rosji, i społeczne traumy współczesnego społeczeństwa, a nawet osobliwy rodzaj świętości prawosławnej... Końcówka, niestety, bardzo słaba :(
„Zaginione imperium” – kiedy się ma naród liczący 140 mln luda, znalezienie przystojnego aktora przestaje być problemem. Taki ładny chłopiec znalazł się w filmie o szukaniu swego miejsca w realiach lat 70. Nie powiem, barwy życia moskiewskich studentów są mocne i przyciągają uwagę. Ale próba nadania filmowi głosu pokolenia, które najdotkliwiej przeżyło pierestrojkę, odbiera całą frajdę z obserwowania zakupów zakazanych płyt dokonywanych w parkowych alejkach czy kolejek do archaicznych niemal budek z piwem.
Na szczęście, film „Bikiniarze”, który cofa widza o 20 lat wstecz, do ulicznych potyczek złotych ptaków bloku wschodniego z komsomolską młodzieżą – nie usiłuje być niczym więcej niż zręcznie nakręconym, żywiołowym musicalem, o którym mówi się: rosyjskie „West Side Story”. Są więc i piękne kostiumy, i samochody, i jedna z najpiękniejszych rosyjskich aktorek młodego pokolenia Oksana Akinshina („Lilja 4-ever”!), jest i porywająca muzyka. Ta ostatnia daje jednak oprawę niezbyt udatnym tekstom. Mniej więcej po czwartej piosence należy więc liczyć się z ryzykiem ziewania.
Muszę jednak przyznać, że przeprosiłam się na razie z melodramatem. O kultowym „Moskwa nie wierzy łzom” jednak innym razem, bo rzecz wymaga osobnego potraktowania.
Na koniec bluźnierstwo: Tarkowskiego odpuściłam!...
Chyba najlepszy kawałek z „Bikiniarzy”
Nie będziemy jednak mówić o „Autostopem przez galaktykę", ani o porządkach zaprowadzanych przez wyłupiastych Obcych. Nie będziemy nawet poruszać się w obrębie SF, choć rosyjskie kino piękne owoce wydało w tym gatunku. Przed warszawskim Pałacem, ku czci którego ostatnio zawiązał się komitet „Stanowcze NIE zburzeniu” (a kto by chciał?! coś musi w tym mieście ginąć w smogu) wylądował bowiem Sputnik, prawdziwy, najprawdziwszy.
Te kilka dni spędzone w stolycy były, doprawdy, mocno doprawione słowiańskim sentymentalizmem. Przyszło więc nie tylko poruszać się po wnętrzach daru narodu radzieckiego dla narodu polskiego, po śliskich parkietach i podwijających się chodnikach, ale jeszcze między zdjęciami Wysockiego, matrioszkami (w życiu tylu naraz nie widziałam!) i płytami z nadrukami cyrylicą. I nawet, po trochu się ten stan ducha udzielił (wina ćwiartki krwi radziecko-ukraińskiej...).
O filmach więc już mało, wedle porządku.
„Cztery pory miłości” debiutanta Siergieja Mokrickija w błyskotliwym scenariuszu zazębia ze sobą losy bohaterów 4 nowelek o miłości. Można było się otrzeć niebezpiecznie o banał, ale twórcy nie ewokują łatwych rozwiązań, rozstają się ze swymi postaciami w momencie, gdy prawdziwy trud, ale i szczęście budowania miłości dopiero się zaczyna. Uniwersalnej wymowie filmu nadano lokalnego kolorytu. Mamy więc i wojnę domową, i życie codzienne w kapitalistycznej Rosji, i społeczne traumy współczesnego społeczeństwa, a nawet osobliwy rodzaj świętości prawosławnej... Końcówka, niestety, bardzo słaba :(
„Zaginione imperium” – kiedy się ma naród liczący 140 mln luda, znalezienie przystojnego aktora przestaje być problemem. Taki ładny chłopiec znalazł się w filmie o szukaniu swego miejsca w realiach lat 70. Nie powiem, barwy życia moskiewskich studentów są mocne i przyciągają uwagę. Ale próba nadania filmowi głosu pokolenia, które najdotkliwiej przeżyło pierestrojkę, odbiera całą frajdę z obserwowania zakupów zakazanych płyt dokonywanych w parkowych alejkach czy kolejek do archaicznych niemal budek z piwem.
Na szczęście, film „Bikiniarze”, który cofa widza o 20 lat wstecz, do ulicznych potyczek złotych ptaków bloku wschodniego z komsomolską młodzieżą – nie usiłuje być niczym więcej niż zręcznie nakręconym, żywiołowym musicalem, o którym mówi się: rosyjskie „West Side Story”. Są więc i piękne kostiumy, i samochody, i jedna z najpiękniejszych rosyjskich aktorek młodego pokolenia Oksana Akinshina („Lilja 4-ever”!), jest i porywająca muzyka. Ta ostatnia daje jednak oprawę niezbyt udatnym tekstom. Mniej więcej po czwartej piosence należy więc liczyć się z ryzykiem ziewania.
Muszę jednak przyznać, że przeprosiłam się na razie z melodramatem. O kultowym „Moskwa nie wierzy łzom” jednak innym razem, bo rzecz wymaga osobnego potraktowania.
Na koniec bluźnierstwo: Tarkowskiego odpuściłam!...
Chyba najlepszy kawałek z „Bikiniarzy”
Subskrybuj:
Posty (Atom)