Kina z Półwyspu Iberyjskiego ciąg dalszy... Aż wydobyłam z czeluści szafy hiszpańskie wino, chociaż nad trunek ten zazwyczaj przedkładam inne.
Wino jest, teraz kobiety ;) A nawet 13 kobiet, różyczek właściwie. To bohaterki zrealizowanego z wielkim rozmachem filmu „13 róż” o bardziej uwspółcześnionych wcieleniach Joanny d'Arc. Nastoletnie Hiszpanki zostały rozstrzelane pod zarzutem planowanego zamachu przeciwko generałowi Franco, film przedstawia więc okoliczności ich aresztowania, cykl tortur, pobyt w przepełnionym więzieniu i ostatecznie, sfingowany proces oraz egzekucję.
Wino, kobiety i... śpiew. Nieletnie różyczki, z nielicznymi wyjątkami w postaci starszej nieco Blanki, konsekwentnie nie poddają się reżimowi. Po torturach wkrótce nie widać śladu, więzienie nie robi na nich większego wrażenia, ba, układają o nim nawet radosną, prześmiewczą piosenkę, która towarzyszy im do ostatnich chwil i która stanowić ma psychiczne remedium na doznane krzywdy. Jakimś cudem, mimo umierających z głodu dzieci, dziewczęta nadal wyglądają kwitnąco, do swych więziennych przygód dodają jeszcze protest przeciwko ciężkim warunkom więziennym (eksploatacja heroizmu sięga zenitu!). I nawet oschła dyrektorka więzienia ma łzy w oczach, gdy prowadzi młode kobiety na ostatnią spowiedź!
Być może nadwyżka kobiecych bohaterek sprawiła, że konstrukcja psychologiczna postaci kuleje, a strach, niepewność jutra, rozczarowanie i szok nagle przeobrażają się w rozdzieranie szat, które reżyser Emilio Martinez Lazaro skrupulatnie podkręca do granic możliwości (moja cierpliwość wyczerpała się przy scenie, w której matka jednej z bohaterek biegnie za ciężarówką przewożącą więźniarki).
Skonfrontowałam swoje wrażenia z innymi widzami, i nie tylko mnie zdawało się, że oglądaliśmy hiszpańską wersję „Katynia”. Znając polskie zapędy, zaczynam zastanawiać się, czy teraz powinniśmy oczekiwać filmu o sanitariuszkach z powstania warszawskiego? Im na pewno nie pozwoli się śpiewać czy tańczyć na barykadach, ani umawiać na randki z niemieckim żołnierzem, bo zaraz zakrzyczą ten pomysł bojkotujący projekt „Westerplatte”. Póki co, heroizm w kobiecym wydaniu możemy więc oglądać w filmie hiszpańskim. A potem lepiej zapić. I zapomnieć. Choć pewnie pięknej oprawy scenograficznej i kostiumowej szybko się nie da zapomnieć... ;)
31 mar 2009
Siła kobiet
9. Tydzień Kina Hiszpańskiego zaczął się w Poznaniu kobiecym akcentem. Tak po almodovarowsku, może się zdawać. Ale film otwarcia, „Siedem stołów bilardowych” klimatem daleko odbiega od „Volver” czy „Kobiet na skraju załamania nerwowego”.
Świat kobiet w filmie Gracii Querejeta nie jest co prawda tak rozchwiany emocjonalnie jak u hiszpańskiego admiratora kobiecych postaci, ale też nie są one twardymi babami radzącymi sobie z przeciwnościami losu z piosenką na ustach. Każda z kobiet, zarówno Angela (Maribel Verdú, pamiętana choćby ze świetnej roli w „I twoją matkę też”), która przejmuje w spadku po ojcu podupadający salon bilardowy, Charo, samotnie opiekująca się matką, czy Julia, imigrantka z Hondurasu, zarabiająca dla rodziny – wielokrotnie upadają. Podnoszą się i upadają znowu. Towarzyszą temu łzy, złość, ale też ironia i konsekwencja. Angela ustawia do pionu starą drużynę bilardową, wciąż ma w sobie mnóstwo ciepła dla syna i przyjaciół. Charo pozwala sobie na słabość, zatrudnia pomoc przy matce, pozwala sobie też na bycie szczęśliwą po latach wyrzutów sumienia. Julia natomiast wyrasta z idealizmu i z marzeń, staje się twardo stąpającą po ziemi kobietą, która coś straciła i coś zyskała. Siła kobiet?
Chcąc nie chcąc, męscy bohaterowie wypadają w „Siedmiu stołach bilardowych” nadzwyczaj niekorzystnie. Są albo zakłamani, albo zbyt mało zdecydowani do podjęcia życiowych decyzji, albo kierują się egoistycznymi pobudkami. Chwilami ta słabość bohaterów irytuje (gdzie się podziali południowi machos?!), ale zdaje się, że reżyserce wyraźnie zależało na ukazaniu kobiet jako siły sprawczej, którą mężczyźni są popychani. Metaforycznie ujmuje to scena, w której najmłodszy z drużyny, Fele – choć chełpi się swoimi umiejętnościami – zdaje się czekać na gest ukochanej przyzwalający na uderzenie bili, szukając wzrokiem jej potwierdzenia. Stół bilardowy, wokół którego skupiają się bohaterowie, zdaje się być polem walki, której pozycje wygranego i przegranego, są, niestety, jasne od początku filmu.
Przewidywalność filmu ratują nade wszystko mistrzowsko rozpisane, niezwykle dowcipne dialogi, doskonałe aktorki oraz... pistacjowe szpilki Charo! :))
Świat kobiet w filmie Gracii Querejeta nie jest co prawda tak rozchwiany emocjonalnie jak u hiszpańskiego admiratora kobiecych postaci, ale też nie są one twardymi babami radzącymi sobie z przeciwnościami losu z piosenką na ustach. Każda z kobiet, zarówno Angela (Maribel Verdú, pamiętana choćby ze świetnej roli w „I twoją matkę też”), która przejmuje w spadku po ojcu podupadający salon bilardowy, Charo, samotnie opiekująca się matką, czy Julia, imigrantka z Hondurasu, zarabiająca dla rodziny – wielokrotnie upadają. Podnoszą się i upadają znowu. Towarzyszą temu łzy, złość, ale też ironia i konsekwencja. Angela ustawia do pionu starą drużynę bilardową, wciąż ma w sobie mnóstwo ciepła dla syna i przyjaciół. Charo pozwala sobie na słabość, zatrudnia pomoc przy matce, pozwala sobie też na bycie szczęśliwą po latach wyrzutów sumienia. Julia natomiast wyrasta z idealizmu i z marzeń, staje się twardo stąpającą po ziemi kobietą, która coś straciła i coś zyskała. Siła kobiet?
Chcąc nie chcąc, męscy bohaterowie wypadają w „Siedmiu stołach bilardowych” nadzwyczaj niekorzystnie. Są albo zakłamani, albo zbyt mało zdecydowani do podjęcia życiowych decyzji, albo kierują się egoistycznymi pobudkami. Chwilami ta słabość bohaterów irytuje (gdzie się podziali południowi machos?!), ale zdaje się, że reżyserce wyraźnie zależało na ukazaniu kobiet jako siły sprawczej, którą mężczyźni są popychani. Metaforycznie ujmuje to scena, w której najmłodszy z drużyny, Fele – choć chełpi się swoimi umiejętnościami – zdaje się czekać na gest ukochanej przyzwalający na uderzenie bili, szukając wzrokiem jej potwierdzenia. Stół bilardowy, wokół którego skupiają się bohaterowie, zdaje się być polem walki, której pozycje wygranego i przegranego, są, niestety, jasne od początku filmu.
Przewidywalność filmu ratują nade wszystko mistrzowsko rozpisane, niezwykle dowcipne dialogi, doskonałe aktorki oraz... pistacjowe szpilki Charo! :))
27 mar 2009
Brudny Harry wraca
Między jednym a drugim stukiem w klawisze podczytuję dzisiejszą Wyborczą, w której Tadeusz Sobolewski pisze m. in. o brazylijskim „Mieście Boga”, że krzyk przeciw niesprawiedliwości zaczął przybierać kształt nihilistycznego kiczu. I tak się zastanawiam, bo słowa te, choć o innym filmie traktują, bardzo pasują mi do „Gran Torino”.
W swoim nowym filmie Clint Eastwood zabiera nas znowu na prowincję, do świata imigrantów wypierających mieszkańców pięknych domostw na przedmieściach Detroit. Reżyser wciela się również w starszą, zdecydowanie bardziej zgorzkniałą, rasistowską i, rzeczywiście, nihilistyczną wersję Brudnego Harry'ego. Weteran wojny z Korei o swojskim nazwisku Walt Kowalski z trudem znosi nowych sąsiadów, zaciekle broniąc swego terytorium na obszarze szerokości własnego trawnika. Sama postać głównego bohatera to prawdziwe scenariuszowe i aktorskie cacko – Eastwood gra mistrzowsko, i pierwszych filmowych skrzypiec nikt mu nie odbierze.
A jednak... „Gran Torino” wyszło jednak reżyserowi średnio udanie. Póki obserwujemy przeobrażenie relacji Kowalskiego z sąsiadami, film nosi cechy eksperymentu obyczajowo-społecznego z komediowymi wstawkami obrazującymi różnice kulturowe. Ale gdy rzecz staje się bardziej poważna, a Kowalski wraca do przeszłości i znowu idzie na wojnę, to wspinamy się właśnie na poziom kiczu. Kiczu, niestety, szablonowego, który może nawet potrafi chwycić za gardło – choć efekt to obliczony bardziej na tłumy walące do kin na film o ostatnim sprawiedliwym – ale też kiczu, który nie posiada żadnych cech filmowej umowności, jak to było w przypadku porucznika Callahana.
W swoim nowym filmie Clint Eastwood zabiera nas znowu na prowincję, do świata imigrantów wypierających mieszkańców pięknych domostw na przedmieściach Detroit. Reżyser wciela się również w starszą, zdecydowanie bardziej zgorzkniałą, rasistowską i, rzeczywiście, nihilistyczną wersję Brudnego Harry'ego. Weteran wojny z Korei o swojskim nazwisku Walt Kowalski z trudem znosi nowych sąsiadów, zaciekle broniąc swego terytorium na obszarze szerokości własnego trawnika. Sama postać głównego bohatera to prawdziwe scenariuszowe i aktorskie cacko – Eastwood gra mistrzowsko, i pierwszych filmowych skrzypiec nikt mu nie odbierze.
A jednak... „Gran Torino” wyszło jednak reżyserowi średnio udanie. Póki obserwujemy przeobrażenie relacji Kowalskiego z sąsiadami, film nosi cechy eksperymentu obyczajowo-społecznego z komediowymi wstawkami obrazującymi różnice kulturowe. Ale gdy rzecz staje się bardziej poważna, a Kowalski wraca do przeszłości i znowu idzie na wojnę, to wspinamy się właśnie na poziom kiczu. Kiczu, niestety, szablonowego, który może nawet potrafi chwycić za gardło – choć efekt to obliczony bardziej na tłumy walące do kin na film o ostatnim sprawiedliwym – ale też kiczu, który nie posiada żadnych cech filmowej umowności, jak to było w przypadku porucznika Callahana.
Subskrybuj:
Posty (Atom)